Felietonik z Miętą - Ewa Olszańska-Rok - Część 9



Kochani, już niemal sierpniowi ale jeszcze wyziębieni "lipcowym słońcem", Czytelnicy kminkowo - miętowych felietoników!

Pogoda nas nie usposabia optymistycznie ale wierzę, że (tak jak ja - tak i Wy) nie poddajecie się tym zwodniczym nastrojom deszczowego lata.

Usłyszałam ostatnio budującą opinię o sobie: że jestem kobietą odważną! I, że świadectwem tego są moje... kolorowe gumowce.

Zaiste, lubię iść pod prąd ale czy gumowce w kwiaty mogą być przejawem odwagi? Mogłabym przytoczyć ze dwadzieścia innych cech ludzkiego charakteru predystynujących do miana człowieka odważnego, niemniej jest mi miło, że ktoś dał mi aż taki kredyt. Zastanawiam się jednak, czy w tych gumowcach gotowa byłabym wskoczyć do lodowatej głębi Czarnej Przemszy (w przypływie), by uratować tonącego? Albo wdrapać się na szczyt tego najwyższego w Porębie (?) betonowego silosu dla uratowania kotka? Owszem, zdarzyło mi się uratować kotka ale bardziej rękami zawierciańskich strażaków (pięknie Im z tego miejsca dziękuję!). W każdym razie, czy w tych gumowcach, czy bez, dopiero taki samodzielny i bohaterski akt upoważniałby mnie do nazwania siebie odważną.

Jak na razie zachęcam Was do odważnego odnoszenia się do nowych smaków i zapewniam:

LODY MIĘTOWE SĄ PYSZNE!

I właśnie na przekór temu minionemu lipcowi (mam nadzieję, że sierpniowi już nie!) będę się nimi zajadać przy każdej okazji.

Pamiętam jednak letnie miesiące sprzed jakichś czterdziestu lat. Oczywiście te spędzane w Porębie.

Jak już kiedyś chyba wspominałam, w tamtych latach szeroki krąg moich przyjaciół nazywał mnie wymoczkiem.

Od czasu, jak wybudowano basen - dumę i chlubę Porębian (basen o olimpijskich wymiarach i jeszcze większym znaczeniu!) wyjście na basen, bycie na basenie, nadbasenowe życie towarzyskie, flirty i romanse, wzajemne podtapianie dla podrywania i podrywanie dla samej chęci podtopienia (!) stały się esencją i kwintesencją wakacji.

Gdy żar lał się z nieba, kawałek wolnego miejsca na koc w nadbasenowym otoczeniu oraz kawałek własnego pola manewru w błękitnych (później zielonkawo-żółtych) wodach basenu wymagały wcześniejszej rezerwacji już nawet przed południem.

Wówczas to cały teren był dodatkowo łakomym kąskiem dla stęsknionych obserwatorów, wyglądających z okien biurowca - wieżowca, znajdującego się tuż-tuż, za drogą . Za magiczną linią odcinającą świat żmudnych obowiązków pracowniczych od świata letnich szaleństw, słoneczno- wodnego relaksu i beztroski. Był więc biurowiec F.U.M.-u świetną wieżą obserwacyjną do obserwacji (ocen, porównań i wniosków) prowadzonych na kilku (przynajmniej ośmiu) poziomach równocześnie przez pracowników ( i pracownice!) zakładu zupełnie bezinteresownie...

Po godzinach wytężonej pracy i szybkim obiedzie ( najczęściej w którejś z zakładowych stołówek) wyżej wspomniani obserwatorzy (i obserwatorki!) też wylegali na plażę. Teren całego ośrodka rekreacyjnego pękał w szwach, nad całym tłumem rozgrzanych, rozbawionych wodnymi igraszkami lub rozleniwionych beztroskim opalaniem (wtedy opalanie nie było jeszcze szkodliwe!) ciał unosił się zbiorowy okrzyk wakacyjnej ekstazy.

Więc jak już wspomniałam, miałam ksywę "wymoczek", bo z głębin basenu wychodziłam ostatnia i to tylko wtedy, gdy hipotermia bezpośrednio zagrażała moim funkcjom życiowym.

Zazwyczaj szybko wyczerpywałam zapas suchych strojów kąpielowych do przebrania (było to warunkiem spędzania całych dni w i nad basenem, stawianym mi przez rodziców) i zdarzało mi się wracać do domu wyłącznie w stroju wierzchnim, czyli w popularnej plażówce.

Do dziś stanowi to dla mnie tajemnicę, w jaki sposób ta sprawa "dostała się do mediów" ale choć minęło już ze czterdzieści lat, za każdym razem, gdy spotykam dawnego Sąsiada z bloku moich rodziców, dziś starszego pana, wita on mnie słowami: "O Ewuniu, tak pięknie nam wyrosłaś! A pamiętam jakby to było dziś, jak wracałaś z basenu bez majtek!"

Z sielskich lat mojej wczesnej młodości pamiętam (między innymi) jedną pochmurną niedzielę, kiedy na spacer nad basen wybrałam się prosto z kościoła. W błękitnej sukience z kory i w maminych koralach na szyi. Gdy znalazłam się wreszcie nad wodą, która mimo pochmurnego dnia była ciepła, pokusa okazała się silniejsza ode mnie i... wskoczyłam do basenu tak, jak stałam!

Pływanie (oraz nurkowanie) w niedzielnym ubranku nie było mniej atrakcyjne od pływania w stroju kąpielowym a nawet przysporzyło mi popularności w kręgach bardziej dekadenckich. Jednak, gdy przyszłam do domu na niedzielny obiad, rodzice zagrozili, że więcej mnie do kościoła nie puszczą, skoro po Mszy Świętej wracam w taaakim stanie!


Kochani Porębianie, basen istnieje do dziś. Przeżył gorsze i lepsze chwile, pamięta kilka rządów, dwa ustroje i z milion sekretnych dialogów wyszeptanych nad tysiącem plażowych koców, z których każdy miał moc latającego dywanu. Każdy przenosił w czarodziejski świat radosnej beztroski, bezproblemowej przyszłości dnia jutrzejszego.

Basen istnieje do dziś ale z wyżyn opustoszałych pięter płonącego zachodzącym słońcem wieżowca - biurowca, nikt nikogo już nie obserwuje...

Pamiętajcie jednak, że my, Porębianie (i oczywiście: Porębianki!) mamy w sobie sporo odwagi. Mamy jej na pewno tyle, by się przeciwstawić smutkom deszczowego lata i aby się nie poddać tęsknocie za czasem minionym. Dobra przeszłość jest naszym amuletem, niezbędnym, by przyszłość była lepsza i bardziej radosna. Byśmy w nią uwierzyli.

A na podsumowanie przytoczę zdanie, które Szymon Perez wypowiedział podczas Forum Światowego w Davos:

"Zarówno optymista, jak i pesymista musi umrzeć, ale każdy z nich zupełnie inaczej korzystał z życia".


Może w wypełnianiu tych bardziej pustych chwil niepogody pomocne Wam będą dołączone poniżej wiersze. Dedykuję je wszystkim (byłym, obecnym i przyszłym!) Mieszkańcom Poręby a w najbardziej specjalny sposób "Kminkowej Panience"- Bożence w podziękowaniu za niezwykłą i napędzającą mnie korespondencję mailową.


Artyści z Bożej Łaski

Nie sieją i nie orzą, nie skupują waluty
i nic Ich nie obchodzi, że brak forsy na buty.
Każdemu z Nich zegarek chodzi swym własnym trybem,
lecz nas teleportują na Wyspy Wciąż Szczęśliwe...

... jednym strzelistym słowem..., jedynej struny brzmieniem...,
łabędzim gestem, krokiem..., głębokim światłocieniem...,
lecz także tajemnicą niezrównanego smaku...,
porcelanową magią..., snem bursztynowych szlaków...

I nawet jeśli myśli zawiłe lub nieczyste -
- to zawsze no i wszędzie obwinia się... ARTYSTĘ!
I chyba są od czasów Starego Testamentu
ARTYŚCI synonimem talentu i... zamętu.

A że zgłowami w chmurach snują się po tym świecie,
to czasem manna spadnie a czasem głaz przygniecie...
Lecz Pan Bóg na Ich błędy często przymyka oko
i w niebios jasnych rzędach usadza Ich wysoko.

A potem sam przemawia wciąż gładząc Ich po głowach:
- "Kochani, od krytyków niech Pan Bóg Was uchowa!
Ja mam kryterium jedno: czy maj to, czy już wrzesień,
to dzięki sztuce jestem wciąż zdolny do uniesień!

I choć sam stary jestem już jak ta cała wieczność,
wciąż mnie porywa piękno tak proste, jak... słoneczko!"


Mój Luna - Park

Na dachu mego bloku księżyc urządza bal.
Widząc to myślę sobie:"To nie jest zwykła stal!"
Światło księżyca sprawia, że w nocy nie śpią psy
a pod falistą blachą falują cudne sny:
przypływy i odpływy, angielski walc prawdziwy,
flamenco, tango, twist - wyostrza każdy zmysł!
Nikt tu nie zwalnia rytmu, nikt nie pilnuje kroków.
Jak bal, to na całego! Na dachu mego bloku!


Nie kończąca się historia

Wielokrotnie
Wie - lo - krot - nie -
- jakież to fajne słowo!
Tańczy jak listek na wietrze,
podskakuje figlarnie jak piłeczka.
To biegnie po krawężniku,
od czasu do czasu
spadając,
od asfaltu odbija się
rozsznurowanym trzewikiem.
Co dzień od nowa,
spiralnie,
wznosi się ku słońcu.
Upada, by się podnosić,
rozpoczyna i kończy
epoki lodowcowe,
wielkie wybuchy...
Śmieje się z końca świata.
Zapewnia:
nic nie dzieje się raz.
Tylko nadzieja
jest jedna.
Ta sama.
Zawsze ta sama.
Stąd aż za horyzont...


Przed Podróżą

Gdzież mnie do tego świata z moim duchem dziwnym
naznaczonym Słowackim, Norwidem, Mickiewiczem?...
Gdzież mi tu z moim sercem wyrywnym i naiwnym,
które w obliczu świata marnością jest i niczym?...

Na czole romantyczność mam odciśniętą piętnem,
w kieszeniach - zamiast monet - okruchy gwiazd mi brzęczą,
kałuże na betonie bolesnym rażą pięknem
a radość z powitania wzbija się barwną tęczą.

Lecz najdłuższy kalendarz nie zostaje na wieki,
magia świata za lasem nie uwodzi bez końca,
więc kiedy już na zawsze czas przymknie mi powieki,
chcę pod nimi zatrzymać ostatni promyk słońca.

Nie zabiorę ze sobą albumów i kolekcji,
nie zachowam na zawsze cudu dnia powszedniego
a ten ptak, co z gałęzi wciąż udzielał mi lekcji,
spyta: "Byłaś tu z nami, ale czy wiesz DLACZEGO?"

Ewa Olszańska-Rok

Poręba, 31 lipca 2011

C.D.N.

Na marginesie

Jestem filologiem i znam poezję wysokich lotów. Wielokrotnie doświadczałam jej, nie tyle może na własnej skórze, co na własnej duszy. Nie zawsze wychodziło to mojej duszy na dobre. Moje wiersze na pewno nie starają się udawać wielkiej poezji i myślę, że spokojnie mogę nazwać je rymami, może nie częstochowskimi ale PORĘBSKIMI! Przepraszam, że nie piszę dla koneserów. Piszę dla LUDZI.


Kontakt z autorką

ewa@e-poreba.pl