|
Kochani, nareszcie przegrzani ale wciąż niezawodni Miłośnicy mięty! Ostatnio dość wnikliwie penetruję malownicze zakątki (chodniki z całym ich otoczeniem, ścieżki, dróżki leśne, drogi "podmiejskie", alejki i aleje) naszej Poręby. Okazuje się, że spacery, które miały być terapią dla mojego ojca, są świetną formą rekreacji dla mnie samej i nie tylko pozwalają dostrzegać codziennie (!) zmienną urodę natury ale dają jeszcze jedną okazję do nieśpiesznych wspomnień, sentymentalnych podróży w przeszłość i wyciągania wniosków nawet z tych zdarzeń, które wcześniej zdawały się całkiem nieistotne. Spacerujemy więc sobie: przedstawiciele różnych pokoleń, różnych płci i odmiennych realiów historycznych, w których nam przyszło dojrzewać, by z każdą godziną pogłębiać naszą niepowtarzalną więź dwojga lokalnych patriotów, rozsiewając w przydrożnych rowach, na łąkach i na skwerkach nadzwyczaj słoneczne ziarno naszego zachwytu. A w każdym niemal kwadransie coraz intensywniejszego spaceru padają magiczne słowa: "A PAMIĘTASZ, JAK...?" Tą oto metodą stworzyliśmy (i wciąż jeszcze tworzymy!) swoistą mapę niezwykłych miejsc, wyjątkowych zdarzeń i jeszcze nie istniejących pomników ludzi, których (jednak!) nikt nie zastąpi. Mapa ta istnieje na razie w naszych głowach (w każdej zapewne inna) ale pewne jej elementy zasługują na przypomnienie i rozpowszechnienie. No w każdym razie warto się im przyjrzeć z łezką w oku lub bez ale tak dla porządku... A pamiętacie, jak w centralnym miejscu Poręby nieustannie i wręcz bezwstydnie... sikał goły chłopiec? Sikał wprawdzie z cokołu i był, że tak powiem "odlany" z brązu ale czynił to jednak dość prowokacyjnie. Widocznie prowokacja ta musiała kiedyś spotkać się karą, bo po jakimś czasie sikający chłopczyk zniknął i słuch wszelki o nim zaginął. Przez wiele następnych lat widywałam w Porębie sporo naśladowców, chłopców mniej lub bardziej dojrzałych sikających w miejscach publicznych, ale żaden z nich nie wzbudzał tak ciepłych uczuć jak tamten bezwstydny malec... Dziś na głównej wysepce Poręby wręcz fantastycznie prezentuje się kompleks fontann, ozdobnych roślin i artystycznie ułożonych kamieni, bajkowo podświetlony w godzinach wieczornych i nocnych, i chwała pomysłodawcom, projektantom i wykonawcom za tak urokliwy element. Wszystko to naprawdę jest piękne! Jednak Ci, których pamięć sięga zamierzchłych czasów gołego chłopca, urozmaicającego Porębski pejzaż nawet wtedy, gdy biały śnieg okrywał go ubrankiem i zakładał mu śmieszną czapkę na głowę, zastanawiają się czasem: gdzie teraz się podziewa? I czy gdzieś w obcym świecie wciąż sika tak niewinnie, czy może po dopalaczach wybija szyby w marketach, podpala samochody lub jeszcze coś innego? Wszak przecież świat ciągle idzie z postępem... Kochani, cóż poradzę, lubię prowokację! To ona wywołuje ferment w głowie. Czasem tworzy nowe światy, otwiera perspektywy, o których nikt wcześniej nawet nie pomyślał, albo po prostu bawi... A czasem to właśnie prowokacja przywołuje nas do porządku, pomaga przywrócić ład. No dobrze... Są ostatnie chwile wakacji, nie będę Wam już mieszać w głowach. Życzę Wam bezbolesnego przejścia w babie lato i wielu atrakcji z nim związanych. Na koniec dołączę tylko krótkie opowiadanko, które pierwszy raz "ujrzało światło dzienne" w Zeszycie Literackim bardzo twórczej Grupy "Szalej" klubu NOVUM z Zawiercia w 1990r. ROZWIĄZANIE Siedzieliśmy w przejrzystych, elastycznych fotelach, pogrążeni w nerwowym milczeniu: matka mojej żony, mój teść i ja. Nasze napięcie wzrastało z każdą upływającą minutą. Każda kolejna godzina oczekiwania, spędzona w luksusowej poczekalni przy najlepszej w mieście sali porodowej, była dla nas wszystkich torturą wzmagającą się w postępie geometrycznym. Nikt z nas, wyczekujących ponad osiem godzin na tę wielką chwilę, nie silił się już na domysły i przepowiednie na temat: co się urodzi? I czy nasze przewidywania się spełnią? Lecz każde z nas w wyobraźni widziało ten sam obraz pięknego, w każdym calu doskonałego, z utęsknieniem od dwóch lat oczekiwanego pierworodnego! Przed oczyma, które przymykał mi strach, przesuwały się wspomnienia chwil, gdy z kwaśną zazdrością podziwiałem u przyjaciół i znajomych udane owoce ich pragnień (i działań!). Już nawet przed ślubem nasze wspólne (żony i moje) postanowienia były zgodne, co do hierarchii ważności planowanych "nabytków". Tymczasem z ciążą były pewne kłopoty. Lekarze niepokoili się delikatną budową żony. Radzili nawet, by z decyzją poczekać jeszcze około roku. Może właśnie dlatego teraz moja teściowa z takim rozpaczliwym wyrzutem w oczach spogląda na mnie sparaliżowana już prawie niepokojąco przedłużającym się oczekiwaniem. W oczach teścia od czasu do czasu pojawiała się iskierka optymizmu i wówczas wypowiadał drżącym głosem wciąż to samo zdanie: Przygniatała nas jednak świadomość, że tak długi czas porodu może się odbić na stanie płodu, który był przecież sensem naszego dalszego życia. Mieszkaliśmy wciąż wszyscy razem, między innymi z powodu ciągłych trudności mieszkaniowych w naszym sektorze P-3. Było nas więc cztery osoby w jednym segmencie mieszkaniowym, lecz wciąż brakowało tego najważniejszego. Tej największej radości życia, która mogła stać się antidotum na nasze prywatne konflikty. Wokół której w innych domach kręciło się całe życie rodzinne, bez której dni były puste, wieczory pełne nieokreślonej tęsknoty, a ranki pozbawione oczekiwania na nowe radosne zdarzenia. Z rozmyślania o naszym dotychczasowym życiu wyrwał mnie stanowczy głos teściowej: Chciałem jeszcze coś dodać na temat rezerwowania przy NIM miejsc lecz w tym momencie w drzwiach prowadzących do sali porodowej stanęła platynowowłosa pielęgniarka i z służbowym wdziękiem poinformowała nas, że prawdopodobnie będą zmuszeni do przeprowadzenia operacji. Ale żeby się nie niepokoić, gdyż jest to sprawa rutynowa i wszystko na pewno będzie dobrze. Uśmiechnęła się dla podkreślenia swej prawdomówności i zniknęła. Krople potu spłynęły mi po zdrętwiałych plecach i natychmiast przysiadłem sobie dłonie, by pobudzić obumarły (jak mi się zdawało) układ krążenia. Sylwetka teściowej jakoś dziwnie upodobniła się do korkociągu. Jednocześnie żywy korkociąg przesunął się z fotelem do swego zgarbaciałego nagle małżonka i w tak zastygłych pozycjach przesiedzieliśmy następną godzinę. Gdy w mojej obolałej głowie zjawiło się przekonanie, że za chwilę nasze zastygłe w bezruchu ciała muszą eksplodować, wtedy wreszcie nastąpił ten uroczysty, już prawie dla nas nadrealistyczny moment kulminacyjny. Drzwi porodówki rozsunęły się z eleganckim szelestem. Naprzeciw nas z przejęciem pchając wymyślnie oszklony wózek kroczyła siostra przełożona. Za nią stąpał wyraźnie zmęczony, lecz przyozdobiony triumfującą miną lekarz. Spojrzałem na nich i wydało mi się, że słyszę nagle wszystkie fugi organowe świata jednocześnie! Klatkę piersiową rozrywało mi niewysłowione poczucie ojcowskiej dumy, bo oto przede mną, na oszklonym wózku, dosłownie "rozpościerał się" ten upragniony! jedyny! niezaprzeczalnie własny! niezastąpiony! największy i najpiękniejszy z wszystkich, jakie dotąd widziałem... Kolorowy Telewizor!!! Ewa Olszańska-Rok Poręba, 31 sierpnia 2011 C.D.N. |
Na marginesie Jestem filologiem i znam prozę wysokich lotów. Wielokrotnie doświadczałam jej, nie tyle może na własnej skórze, co na własnej duszy. Nie zawsze wychodziło to mojej duszy na dobre. Moje opowiadania na pewno nie starają się udawać wielkiej prozy. Przepraszam, że nie piszę dla koneserów. Piszę dla LUDZI. Archiwum Felietonik z Miętą... Felietonik z Kminkiem... Felietonik z Miętą Felietonik z Kminkiem |