Felietonik z Miętą - Ewa Olszańska-Rok - Część 1



Drodzy i nadzwyczaj cierpliwi Czytelnicy, jesteście godni podziwu: śledzicie moje zmagania z klawiaturą komputera już ponad pół roku! Na dwunastym odcinku postanowiłam zakończyć jesienno-zimową terapię rozgrzewającą kminkiem. Czas na wiosenne porządki, czas na zmiany, na powiew wiosennego wiatru. Na smak i zapach mięty! I na poznanie wszelkich walorów tej aromatycznej i magicznej roślinki, która zaostrza apetyt, budzi zmysły, dodaje zdrowia i smaku.

Podobno mamy już wiosnę, więc trzeba się nią nacieszyć ale też przewietrzyć i naświetlić słońcem nasze szare komórki,

ŻEBY PRIMA APRILIS BYŁ BARDZIEJ ŚMIESZNY NIŻ STRASZNY

i byśmy umieli w porę zareagować na żart, który los chce nam zrobić.


Jak pewnie wszyscy wiedzą, prima aprilis, to zwyczaj związany z pierwszym kwietnia od niepamiętnych czasów i polega na strojeniu żartów, wymyślaniu psikusów, głupich kawałów, czyli na wpuszczaniu w maliny i nabijaniu w butelkę. Czyli, mówiąc oględnie ale i obrazowo, na robieniu ludzi w balona!

Kanał BBC w zapowiedziach swojego programu naukowego o historii świata twierdzi, że ludzkie umysły wciąż zaprząta pytanie (a właściwie szukanie odpowiedzi na nie): skąd przyszliśmy i dokąd zmierzamy? A ja mam wrażenie, że równie ważna jest dla nas kwestia: dlaczego albo po co los, czy inna siła sprawcza (lub różnie w świecie nazywana Najwyższa Wszechmocna Osoba) tak często nam urządzają prima aprilis właśnie? Primaaprilisowe żarty zupełnie nie związane z pierwszym kwietnia...

Nie będę się zbytnio rozdrabniać i szokować szanownych Czytelników opisami prima aprilisów mojego dzieciństwa ale wierzcie mi, było ich trochę. Sporo zdumiewających odkryć, zaskoczeń, rozczarowań ale czasem i zachwytów musiało jednak służyć mojemu rozwojowi i umacniać charakter. Bo w przeciwnym wypadku, jakże bym je przeżyła i nie pękła ze śmiechu... Albo od innego piorunującego wrażenia.

Z dzisiejszej perspektywy widzę, że byłam dzieckiem uduchowionym i ufnym (żeby nie powiedzieć: naiwnym), chłonęłam piękno prozy i poezji (również Broniewskiego i Majakowskiego) a także wszechstronne nauki kolejnych szkół, prasy, radia i telewizji, radując się całym sercem z tego, jak pięknie i harmonijnie rozwija się nasza Ojczyzna a zwłaszcza moja Poręba.

W istocie, w Porębie wciąż czegoś nam przybywało i każdy już miał "według zasług". Jednak, gdy było o pół kroku do obiecanej fazy rozkwitu, w której każdemu przypadnie według jego potrzeb, to wówczas mi obwieszczono, że wszystko, co było do tej pory i w co święcie wierzyłam, to był tylko taki... prima aprilis!

Myślę, że podobnie przedstawia się sytuacja dużej części mojego pokolenia, przynajmniej w Porębie. Obietnice, na których zostaliśmy wychowani, okazały się bez pokrycia i trzeba było zawrócić w połowie drogi donikąd. (??) Niektórzy nawet do dziś są jeszcze na zakręcie a do tego dochodzą wciąż nowe żarty i figle historyczno-społeczno-ekonomiczne (również etyczne) a nawet mruganie okiem...

Nasze osobiste wyobrażenia o świecie i życiu, często budowane na przekazach medialnych, pękały jak mydlana bańka.

Pamiętam, jak przez dłuższy czas rygorystycznie odizolowana od najbliższych, w przykrótkiej, płóciennej, szpitalnej koszulinie, w różnobarwnych japonkach, obu lewych (też ze szpitalnego przydziału), obolała, chora i zapomniana przez świat nowoczesnej medycyny, starałam się odnaleźć choć maleńką iskierkę radości i piękna macierzyństwa, na które liczyłam po wielu "filmowych" porodach i połogach. Dzielę się tym wspomnieniem nie dla wywołania wsółczucia ale dlatego, iż wiem, że podobne doświadczenia z takich życiowych wydarzeń były dość powszechne.

Niezły prima aprilis zrobiła mi też Ameryka (U.S.A.!) przez kilka lat, każdego, kolejnego dnia bezpośredniej percepcji, obracając wniwecz wszelkie moje wyobrażenia o tym kraju. Wychowani (i wyedukowani) na hollywoodzkiej kinematografii Polacy często (a może nawet zawsze?) mają wrażenie, że samolot po wielogodzinnej podróży "wysadził" ich w zupełnie innym kraju, niż ten, do którego lecieli.

Dobrze, gdy po kolejnym "gongu" i głosie wewnętrznym oznajmiającym "prima aprilis!" wyrównuje im oddech świadomość, że mają... bilet powrotny!

Od dłuższego też czasu comiesięczny prima aprilis urządza wiodący (pomimo wszystko) w naszym mieście zakład pracy swoim pracownikom w dniu zasłużonej wypłaty. Niegdyś, przez całe dziesięciolecia zakład ten słynął z produkcji i eksportu najlepszych w świecie obrabiarek - dziś słynie z dowcipu! Coś mi się jednak wydaje, że grupa "zabawowiczów" coraz bardziej się wykrusza. Czyżby ostatni entuzjaści pracy "dla jaj" tracili poczucie humoru? Ale charakter na pewno bardzo im się utwardza, można ich chyba już śmiało nazywać "ludzie z żelaza".

Wiadomo, że co nas nie zabije, to nas wzmocni!

Kochani, naprawdę nie chciałam, by ten felieton był gorzki, ani nawet słodko-kwaśny. To samo tak jakoś wyszło...

Bo prima aprilis jest chyba po to właśnie, by uczynić z nas ludzi w ogóle. I tak czasem prima aprilis zrobią nam fachowcy remontujący mieszkanie. Innym razem spłata figla krawcowa albo fryzjerka. I to wcale nie muszą być zaskoczenia przykre.

Ja sama też czasem robię komuś prima aprilis. Raz "wycięłam" go nawet Unii Europejskiej. Gdy Unia zagroziła podwyżką cen papierosów, to ja jej zrobiłam psikusa i... rzuciłam palenie! Znienacka i z premedytacją, dnia drugiego maja roku pamiętnego...

Prima aprilis robię co dzień wieczorem mojemu mężowi... zmywając makijaż. Jednak ten z moich pokazowych numerów chyba mu już trochę spowszedniał. Myślę, że czas, by małżonka zaskoczyć czymś specjalnym! Bo powiadają, że w życiu najważniejsza jest dobra puenta...


Żeby w początek wiosny nie wchodzić ze smakiem goryczy, ani nawet kminku, proponuję Wam coś bardzo miętowo świeżego. Od dziś otwieramy (z pomocą pierworodnego, rzecz oczywista!) nasze miętowe, zielone okienko, w którym możemy się spotkać. Nazywa się ewa@e-poreba.pl i przyjmie wszystkie Wasze przejawy konstruktywnej krytyki i uwagi inspirujące. Niezależnie od formy i treści Waszych maili, z góry serdecznie dziękuję!


Kilka dni temu był Dzień Metalowca, mało kto już u nas o tym święcie pamięta ale akurat, zupełnie przypadkiem, wpadła mi w ręce pamiątka z czasów, gdy rozbawiałam w części artystycznej świętujących (w gościnnych pomieszczeniach Nowej Stołówki!) pracowników FUM-u. Oto ona, myślę że w dniu pierwszego kwietnia - jak znalazł!

Pieśń Porębian do Wszechmocnego

Panie wszechmocny i wielki!
Chociaż odległy - tak bliski...
Wielbi Cię Człek u nas wszelki
do grobu aż... od kołyski.

Tobie największy szacunek!
Tobie nasz trud, nasza praca!
Ty radość (choć i frasunek),
dla Ciebie żyć się opłaca!

Tyś naszą wielką nadzieją
w tej szarej codzienności!
Za sprawą Twą usta się śmieją,
bo głód w nich już nie zagości.

Ty mocną łagodzisz ręką
kłótnie małżeńskie i waśnie:
przyszłość już nie jest udręką
dla tych, których wskażesz właśnie!

Lata żywota szarego,
wyrzeczeń i kombinacji,
są niczym przy gromie Twego...
telexu o delegacji!

Czym wieczność wobec marzenia
o adnotacji w paszporcie?!
Panie wszelkiego spełnienia!
Wszechwładny... Metalexporcie!

(Poręba, 21 III, 1995r.)

Ewa Olszańska-Rok

Poręba, 31 marca 2011

C.D.N.

Na marginesie

Jestem filologiem i znam poezję wysokich lotów. Wielokrotnie doświadczałam jej, nie tyle może na własnej skórze, co na własnej duszy. Nie zawsze wychodziło to mojej duszy na dobre. Moje wiersze na pewno nie starają się udawać wielkiej poezji i myślę, że spokojnie mogę nazwać je rymami, może nie częstochowskimi ale PORĘBSKIMI! Przepraszam, że nie piszę dla koneserów. Piszę dla LUDZI.


Kontakt z autorką

ewa@e-poreba.pl