Felietonik z Miętą - Ewa Olszańska-Rok - Część 12



Najmilsi, przesiąknięci zapachem kminku i mięty e-Czytelnicy!

Czy wiecie, że to już wkrótce minie rok, jak pierwszy odcinek Felietoników narodził się gdzieś pomiędzy rozpakowywaniem wózka z zakupami a obieraniem jarzyn na obiad?!

To wtedy właśnie dostrzegłam, jak wielkie znaczenie dla smaku wszystkiego, co gotujemy (a może i co robimy?) mają odpowiednie przyprawy.

JAK WAŻNA JEST TA MALEŃKA SZCZYPTA CZEGOŚ, BY ŻYCIE ZYSKIWAŁO NA INTENSYWNOŚCI!


Kilka dni temu kolejny raz na którymś kanale tv natknęłam się na film "Cast Away - Poza światem" z Tomem Hanks'em w roli głównej. I kolejny raz postarałam się... nie obejrzeć jego drugiej części. Jest dla mnie zbyt bolesna i sprawia, że chce mi się łkać (- wybaczcie mi te osobiste wynurzenia ale po roku niezwykłej zażyłości myślę, że dacie mi to prawo).

Wracając do filmu: cudem ocalony rozbitek, powracający po latach do swojego upragnionego, cywilizowanego świata doświadcza niewyobrażalnego rozczarowania i bolesnej pustki z powodu braku porozumienia z najbliższymi osobami, o powrót do których toczył, wygraną wreszcie, walkę z żywiołem i tysiącem własnych słabości. Walka z czasem została przegrana. Przez wszystkich. Każde życie biegło swym własnym trybem. Odmienne doświadczenia, czas, realia w których upływało, wpływ otoczenia a nade wszystko pragnienia, sprawiły, że pomimo ogromnej tęsknoty, marzeń o powrocie i bliskości, prawdziwe porozumienie nie było już możliwe.

Czy przepaść między ludźmi jest kwintesencją życia we wszystkich jego "scenariuszach"?

Często dochodzimy do takiego przekonania po kilku lub kilkudziesięciu latach małżeństwa. Czasem doświadczając specyficznych stosunków sąsiedzkich. Czasem wyciągamy podobne wnioski przysłuchując się (lub uczestnicząc) szczerym do bólu tak zwanym rozmowom międzypokoleniowym.

Na szczęście dla mnie powyższe przykłady, przynajmniej w tym momencie, nie dotykają mnie osobiście. A przynajmniej nie aż tak, bym myślała o ucieczce na wyspę bezludną... Wręcz przeciwnie: zawsze mnie ciągnie do zacieśniania więzi międzyludzkich, zacierania różnic i wypełniania wspomnianych przepaści dobrym słowem, uśmiechem i iskierką nadziei na lepsze jutro.

Ale gdzieś w przedwieczornych godzinach (zawsze nastrajających mnie jakoś nostalgicznie i filozoficznie) kiełkuje we mnie dzikie ziarno lęku, że nikt (no oczywiście oprócz mojego psa Texia!) mnie tak do końca nie rozumie. I że nawet w tej enklawie bezpieczeństwa, dobrej woli i dogłębnej wiedzy o każdym mieszkańcu, jaką jest Poręba, nie wszystko tak do końca jest zrozumiałe.

Chyba ja jakaś inna jestem i już! (Za co z góry serdecznie przepraszam...)

Gdy byłam kilkuletnią dziewczynką, mój tato zawsze mi powtarzał: "Gdy idziesz, patrz pod nogi!"

Ja zawsze zadzierałam, co mogłam do góry, by patrzeć... w niebo! W gwiazdy albo w słońce. Więc często lądowałam na nosie. Obite miałam zawsze: i nos i kolana. I zdarte nadgarstki.

Jeszcze jako nastolatka zamiast stąpać godnie, jak inne panienki, balansowałam chodząc po krawężnikach. Czułam się na nich jeszcze bardziej "poza światem" niż normalnie.

Z upływem lat wcale nie jest lepiej. Często się "rozbijam" o rzeczy, które widzą inni a ja ich w ogóle nie dostrzegam. I zupełnie bezproduktywnie spędzam czas na podziwianiu spraw (przeważnie bardzo małych, lub mało uwypuklonych elementów świata) zupełnie nieistotnych dla reszty społeczeństwa.

Obserwacja tak zwanego "drugiego planu" pochłania mnie bez reszty i często utrudnia życie...

Gdy inni przeżywają dramaturgię serialu, moją uwagę przykuwa szczególny splot firanek, motyw na tapecie, piękny abażur lampy, spinki u mankietów, czy bukiecik na stole. Lub inne frapujące szczegóły, które znalazły się w kadrze. I to może nie tylko z powodu swojego wyjątkowego wyglądu ale z powodu, iż są (fascynującym! zachwycającym! zdumiewającym!) efektem czyjegoś talentu, kunsztu, fantazji, wrażliwości. Czasem pracowitości i wielu lat ćwiczeń a czasem przypadku!

Gdy pewnego razu moja kosmopolityczna córka zawiodła mnie do urokliwego, irlandzkiego pensjonatu, zachwycało mnie tam wszystko ale najbardziej cudownie fantazyjnie splecione sznury obejmujące kotary przy oknach.
- Spójrz - powiedziałam do zmęczonego atrakcjami całego dnia mojego dziecka - jak pięknie ktoś się postarał! Jak to wymyślił!? Jak szczegółowo zaprojektował?! Jak w końcu wcielił to w życie!!! Jakież to piękne!!! Ale czy ktoś to zauważy? Czy świat to w ogóle doceni?!!
- Tak, mamo. Bo świat od tego ma właśnie ciebie... - rzekła spokojnie córka, ziewnęła i zasnęła.

Mnie jednak niezbyt to uspokoiło. Wciąż rośnie we mnie przekonanie, że jeszcze tyle piękna, wartościowych gestów, i drobnych dowodów na talent i dobro wręcz kipiące (mniej lub bardziej) w każdym człowieku umyka nam bezpowrotnie tylko dlatego, że nie "wysuwa się" na pierwszy plan. Albo dlatego, że my nie jesteśmy zbyt spostrzegawczy.

Myślę, że warto tu wspomnieć, iż Federico Fellini powiedział kiedyś: "Nie ma początku, nie ma końca - jest tylko niezaspokojona pasja życia."

Wierzę, że wszyscy (choćby i troje!polecający!) Czytelnicy "Kminku z Miętą" doskonale już wiedzą, że aby życie wciąż miało tę swoją cudowną intensywność, konieczna jest właśnie ta maleńka szczypta czegoś...

P.S. Kochani, jestem coraz bardziej wylewna. A zatem pójdę o krok dalej i zdradzę Wam tę tajemnicę: jak to się dzieje, że mimo mojej pokręconej natury nie zeszłam jeszcze całkiem na manowce. Myślę, że jednak ktoś prowadzi mnie czasem za rękę...

Agent (Bardzo) Specjalny

Ten dryblas wyrośnięty
z miną lekkoducha
łagodny lecz uważny
ideał mężczyzny
ale
z pierwiastkiem kobiecym
śmieje się
gdy ja się śmieje
zna się na komputerach
choć ja nie umiem włączyć
wie
gdzie ja mam postawić stopę
i jaki mój krok powinien być długi
bym nie spadła w otchłań
niebytu
osłania mnie w setną sekundy
przed ignorancją
przed utrapieniami tego świata
perspektywę odsłania co dzień
jak firankę na oknie...
Czy jednak gdy mu się wreszcie
wywinę
zostanie bezrobotnym
ten mój Anioł Stróż?...

Ewa Olszańska-Rok

Poręba, 14 września 2011

C.D.N.

Na marginesie

Jestem filologiem i znam prozę wysokich lotów. Wielokrotnie doświadczałam jej, nie tyle może na własnej skórze, co na własnej duszy. Nie zawsze wychodziło to mojej duszy na dobre. Moje opowiadania na pewno nie starają się udawać wielkiej prozy. Przepraszam, że nie piszę dla koneserów. Piszę dla LUDZI.


Kontakt z autorką

ewa@e-poreba.pl