Felietonik z Kminkiem... i z nutą Jałowca - Ewa Olszańska-Rok - Część 9



Kochani, witam Was i śpieszę wyjaśnić, że jałowiec nie ma nic wspólnego z... jałowizną, brakiem okrasy i smaku dobrobytu. Wręcz przeciwnie: jałowiec urozmaica jedzenie (oraz napitki) i sprawia, że nawet nadmiar tłuszczyku smakuje zupełnie inaczej. Jałowiec nadaje się nie tylko do sporządzenia jałowcówki; jego ciemnogranatowe owocki poprawiają smak bigosu, pieczeni, pasztetu (również z dziczyzny) a nawet kartoflanki! Działają bakteriobójczo a w małych dawkach poprawiają apetyt. W nadmiarze mogą podrażnić nerki a więc tak jak ze wszystkim, tak i z pachnącym jałowcem nie należy przesadzać.

Fajnie jest popatrzeć, jak wygląda sam zbiór owoców jałowca. Pod krzewami jałowcowymi rozkłada się płachty, potrząsa gałązki i zbiera tylko czarne, dojrzałe jagody... Skąd to wiem? Jak większość rzeczy, które przez całe życie gromadziły się w mojej głowie: z książek oraz oczywiście z... kina! Bowiem kiedyś w Porębie

FILM BYŁ NASZYM CHLEBEM POWSZEDNIM

Przeważnie najpierw pojawiał się ryczący lew. Albo piękna kobieta z pochodnią w wyciągniętej ręce. Później także chłopiec z wędką siedzący na końcu księżyca.

Zastygnięci w bezruchu wstrzymywaliśmy oddech, by w ten sposób - bezboleśnie i, pomimo ciemności, bezpiecznie - przejść przez ten magiczny próg. Wejść w ten zupełnie nierealny ale piękny lub straszny, przejmujący dreszczem lub obezwładniający dobrocią, ale zawsze fascynujący świat filmu. Trzy razy w tygodniu!

Kino było naszym drugim domem. Kino "Metalowiec" w Domu Kultury w Porębie. To nic, że sama nazwa nie była zbyt romantyczna. Świat realny, ten, który tu pozostawialiśmy, zupełnie nie był istotny. Choć owszem, opuszczenie go też wymagało pewnych wyrzeczeń. W słocie, w upale, na mrozie, każdego tygodnia przynajmniej dwa, a czasem i trzy razy czekaliśmy jeszcze przed wejściem do Domu Kultury. Czekaliśmy ściśnięci w tłumie, w potrójnej a nawet poczwórnej kolejce, na otwarcie kas biletowych.

Na dolnym holu też kłębiły się tłumy miejscowych kinomanów. Przy szklanych, wahadłowych drzwiach było najbardziej niebezpiecznie - szyby mogły pęknąć pod naporem ludzi. Niebezpiecznie było też już przy samej kasie, gdzie następowała kulminacja: wykupienie biletu! Lub kilku - dla przyjaciół, rodziny, znajomych.

Pani kasjerka, drobna kobieta starannie uczesana w koronę z warkocza zaplecionego z ciemnych, później już siwiejących włosów, z godnością odrywała bilety z wielkiej rolki, numerując je i zaznaczając sprzedane miejsca na planie sali widowiskowej. Pobierała pieniądze, wydawała resztę i tę papierową przepustkę do nieistniejącego świata. Wiedzieliśmy, że ona jest naprawdę królową sytuacji - przydziela miejsca na dwugodzinną podróż... do raju!

Teraz trzeba już tylko przedostać się na schody a na pierwszym piętrze (lub na drugim - wejście na balkon) trafić pod odpowiednie drzwi!

Tam pani bileterka, lub sam dyrektor Domu Kultury, przedzierała bilet i wpuszczała na oświetloną jeszcze salę, w której uderzał wręcz przepych wystroju. Elegancja równych rzędów krzeseł, od początku lat siedemdziesiątych już wyściełanych czerwoną tapicerką, pluszowych kotar na wysokich oknach i bocznych drzwiach, i tego najważniejszego miejsca zasłoniętego na razie kurtyną... Gdzie oto już za chwilę wejdziemy w najbardziej ekscytujący ze światów, bo nie mający jednak zbyt wiele wspólnego z prawdziwym życiem. Ale za to wiele z prawdziwą sztuką.

Gdy gasły światła i pluszowa kurtyna odsłaniała ekran z obrazem, często panoramicznym, barwnym, fascynującym w każdym calu, byliśmy obywatelami świata.

No oczywiście z wyjątkiem krótkich momentów, gdy w projektorze zrywała się celuloidowa klisza i przez chwilę w całkowitych ciemnościach dominująca większość "światowców" stawała się prawdziwymi "dziećmi szatana", bezkarnie wyrażającymi swoje niezadowolenie tupiąc, gwiżdżąc i wyjąc niemiłosiernie aż do powrotu filmowego obrazu na ekran.

Do dziś jest to dla mnie dowodem na dwoistość natury człowieka, nieustającej walki dobra ze złem, łagodności z upiorem gniewu dochodzącym do głosu w chwilach ekstremalnych przeżyć oraz nagłego pozbawienia kontaktu ze sztuką... Gdy film znów pojawiał się na ekranie, widownia cichła i znów składała się wyłącznie z idealnych jednostek, można rzec: z samych aniołów! Bo człowiek jest z gruntu dobry.

Mówicie, że jestem naiwna? Oj, chyba macie rację... Do dziś wlecze się za mną ta celuloidowa taśma, co rusz przenosząc mnie w jakiś inny wymiar i to niestety nie tylko wtedy, gdy jestem w kinie...

Ale ostatnio znów byłam w kinie. I choć to już nie było "Kino Metalowiec" a czytelnia Biblioteki Miejskiej, i choć obraz z celuloidowej taśmy został przeniesiony na bardziej nowoczesne nośniki naszych wzruszeń, to i publiczność i film były zupełnie wyjątkowe. Dzięki staraniom kilku pasjonatów porębskiej historii odbyła się projekcja słynnego już filmu o Porębie lat sześćdziesiątych, nakręconego przez pana Stanisława Przystalskiego. Twórca filmu, niegdyś pracownik F.U.M "Poręba", znany i oddany mieszkaniec Poręby, teraz komentował swoje dzieło i proces jego powstawania, łącząc się z nami przez internet i bratając się z zebraną, bardzo wzruszoną widownią, mimo dzielącej nas sporej odległości.

Dane mi było wziąć udział w tej niezapomnianej projekcji, wspólnie przeżywanej i okraszonej fantastycznymi objaśnieniami i spontanicznymi uwagami w stylu: "...o ciocia Halina!" "A ten malutki w płaszczyku, to przecież syn Edźki!". "A ta na białych obcasach i z fryzurą, to musi być żona Poźniaka!" "A tu mała Margisia na wczasach w Muszynie!" Wszyscy z rozrzewnieniem patrzyli na pierwsze dość mizerne, lecz "nasze" (!) domki kempingowe. I na wymianę turnusów uświetnioną stoliczkiem, pięknie nakrytym, z buteleczką czystej "z czerwoną kartką", dwiema powitalnymi szklankami oraz radosnym napisem przygotowanym przez profesjonalnych plastyków "Witamy Was słońcem i wodą!", na którym ktoś dowcipny dorysował kreseczkę, przerabiając słowo "woda" na bardziej swojskie i wyraziste "wóda", od razu wprowadzając nastrój rodzinny i przyjacielski. Porębski!

Tak więc w tym jednym z pierwszych, mroźnych i śnieżnych, dni stycznia roku 2012 sporą grupą przenieśliśmy się do raju, zupełnie jak kiedyś w wielkiej sali kinowej... I tylko na gwizdy i tupanie nie było wcale ochoty, bo dziś już wiemy, że nic to nie da, nawet, gdy komuś się zerwie "celuloidowa taśma". Ale wiemy też, że cośmy się w życiu naoglądali, to nasze i tego nam nikt nie odbierze. Nawet wtedy, gdy całkiem zasunie się kurtyna...

Ps. Moi Drodzy, żeby zaduma i nostalgia nie opanowały nas całkowicie, dokładam króciutki tekst, tylko pozornie nie związany z tematem, ale nadający się również do zaśpiewania (o ile sami ułożycie sobie melodię, gdyż nikt tego jeszcze nie zrobił), bo jest to:

PIOSENKA O PODRÓŻY Z REZERWACJĄ

Nosimy bagaż życia zamknięty lub otwarty...
Los raz podaje rękę, raz stroi sobie żarty...
I chociaż cel podróży wciąż tak nieokreślony,
Wierzymy, że nasz bilet jest ciągle w obie strony...

Na żadnej stacji nie wiesz: koniec to, czy początek?
W walizkach oraz w sercach gromadzisz zbiór pamiątek,
Lecz za amulet ciągle masz kamyk ten zielony,
Wierząc, że ruszasz w drogę z biletem w obie strony...

Na Twojej trasie stale zjawiają się zakręty...
W kieszeniach skasowane, zgniecione sentymenty...
Lecz wiedz, jeżeli kiedyś poczujesz się zmęczony,
Że na świat przychodzimy z biletem w obie strony!

Ewa Olszańska-Rok

Poręba, 31 stycznia 2012

C.D.N.

Na marginesie

Jestem filologiem i znam prozę wysokich lotów. Wielokrotnie doświadczałam jej, nie tyle może na własnej skórze, co na własnej duszy. Nie zawsze wychodziło to mojej duszy na dobre. Moje opowiadania na pewno nie starają się udawać wielkiej prozy. Przepraszam, że nie piszę dla koneserów. Piszę dla LUDZI.


Kontakt z autorką

ewa@e-poreba.pl