|
Kochani! Zdarzają się w życiu człowieka (a zwłaszcza kobiety) takie chwile i takie zdarzenia, które śmiało mogłyby stanowić kanwę powieści kryminalnej, filmu grozy albo komedii romantycznej. Zapewne każdy z moich przemiłych Czytelników wyszpera w swej pamięci interesujące przykłady ale ja, jak tylko spoglądam w swoją przeszłość, bardzo rzadko wiodłam tak zwane normalne, spokojne życie a wszystko to, co los przypadkiem stawiał na mojej drodze lub zdarzenia, w które mnie "wkręcał" z całą premedytacją czasem jeszcze teraz mnie przyprawiają o dreszcze. Częstotliwość tych szczególnych ekscesów i ekstrawagancji przeznaczenia wciąż zdumiewa mnie i moich bliskich a często i współuczestników tych "scenariuszy". Myślę, że będzie z korzyścią dla mego własnego zdrowia psychicznego, gdy dziś przed Wami przyznam się do czegoś. Będzie to moje... "coming out of the closet" Zanim jednak przejdę do szczegółów, to najpierw spróbuję Was przenieść w lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte, będące bodaj apogeum rozkwitu F.U.M.-u a co za tym idzie i naszej metropolii. W tym bowiem szczytowym okresie propagandy sukcesu powstało w Porębie wiele cieszących oko miejsc i atrakcji (ośrodek rekreacyjno-sportowy z basenem, amfiteatr z prawdziwego zdarzenia, nowe sklepy, a jako zaplecze wypoczynkowe Porębian dwa własne (!) ośrodki wczasowe: w Muszynie i w Niechorzu. Działkowcy od pewnego czasu cieszyli się przestronnym pawilonem "Anatol", w którym można było urządzać spotkania i większe imprezy Działkowców, wesela a nawet bale sylwestrowe. Natomiast spragnionym luksusu mieszczuchom spełniły się marzenia o restauracji z klasą, gdy pewnego dnia swe podwoje otwarła restauracja "Stylowa". Nie będzie przesady w tym, co teraz napiszę: "Stylowa" była przestronna, nowocześnie wyposażona, funkcjonalna i olśniewająco piękna! Była naprawdę stylowa! Wystrój każdej z sal był bardzo przemyślany i przejawiał autentyczny smak i rozmach projektantów. W każdej sali można było się delektować jej niepowtarzalnym charakterem. Siedząc na wysokich stołkach przy nowoczesnym barze (w podziemiach) w czasie swoich pierwszych randek wypijałam pełne szklanki boskiego nektaru, dopiero co przybyłego zza żelaznej kurtyny, czyli "Coca-coli". Zimna, bordowo-brązowa musująca i bardzo tajemnicza ciecz ( wciąż nieco podejrzana!) smakowała światowo ale jeszcze większego splendoru dodawało spożywanie potraw w sali restauracyjnej, zwłaszcza tej z fontanną. W "Stylowej" też odbywały się nobilitujące uczestników przyjęcia (np. z okazji Dnia Kobiet) i bale sylwestrowe. Przez dłuższy czas wystarczyło przejść przez ruchliwą ulicę, by znaleźć się w eleganckim przybytku beztroskiej biesiady i rozrywki. Gdy w moje życie wtargnął burzliwy okres studencki i wyjechałam "za wiedzą" w bardzo szeroki świat "Stylowa" (jak i cała Poręba) zniknęła mi z pola widzenia a nawet jakby straciła znaczenie - wszak atrakcje życia studenckiego są w stanie przyćmić nawet najpiękniejsze wspomnienia z "kraju lat dziecinnych". Gdy jednak powróciłam, zostałam szczęśliwą żoną a nawet matką, zaczęłam na nowo odkrywać uroki znajomych miejsc. W tym czasie restauracją "Stylowa" dowodziła Pani Ziuta - postać absolutnie kultowa. Kobieta urodziwa, pełna werwy i nieodpartego uroku ale też stanowcza, jak na kobietę biznesu przystało. Myślę, że kto znał (przynajmniej wówczas) Panią Ziutę, zgodzi się ze mną, że to Ona musiała być pierwowzorem bohaterki piosenki "Och, Ziuta!" Ireneusza Dudka, który widocznie przejazdem odwiedził kiedyś Porębę i w "Stylowej" dokonał konsumpcji. W każdym razie Pani Ziuta, była nieprzeciętna, niezależna i znam kilka osób, które, mimo sympatii, drżały przed spotkaniem z Nią jak osikowy liść... W zbiorze moich wybujałych marzeń i pragnień było kiedyś i to, że zostanę... kierowcą! Zapisałam się więc na kurs prawa jazdy zorganizowany w naszym Domu Kultury. Nadmienię tu tylko, że po dość krótkiej, teoretycznej części szkolenia wyszliśmy (my "kursanci") w kilku grupach na pobliski parking, gdzie czekały samochody i gdzie miała się rozpocząć część praktyczna. I owszem, rozpoczęła się ale dla wszystkich innych grup tylko nie dla "mojej". W mojej bowiem grupie zostałam poproszona za kierownicę jako pierwsza: usiadłam, wysłuchałam krótkiego objaśnienia ze strony instruktora (która wystająca część służy do uruchomienia samochodu i w jaki sposób mam jej użyć) i natychmiast przeszłam do działania. Wcisnęłam, pociągnęłam, przekręciłam i efekt był... piorunujący! Szarpnęło, zgrzytnęło, zapiszczało niemożliwie, zakołatało i... stanęło. Pan instruktor wyskoczył z samochodu, zaklął straszliwie i krzyknął: "Skrzynia biegów poszła! Wysiadać!!!" Samochód naszej grupy był w naprawie jakieś trzy tygodnie, więc gdy inni "kierowcy" mknęli już "drogą na Jurę", moje dwie koleżanki (Pani Ania, Gośka) i ja zajmowałyśmy się zupełnie innymi, zupełnie nie związanymi z mechaniką samochodową, sprawami. Po dłuższym (ale znacznie krótszym, niż u innych grup) czasie zapoznano nas wreszcie z zasadami jazdy, z przepisami drogowymi i kilkoma sposobami demolowania "placu manewrowego"... Aż w końcu nadszedł egzamin. Niektórzy (w tym ja) zdali teoretyczną część wyłącznie dlatego, iż test polegał na "losowym" zakreślaniu prawidłowych odpowiedzi (posiłkowałam się dziecinną wyliczanką: "Entliczek, Pętliczek, czerwony guziczek, na kogo wypadnie..." itd...) Niektórym tego dnia akurat sprzyjało szczęście. Część praktyczną, która odbywała się na jednej z najmniej uczęszczanych dróg zawierciańskich, staram się wymazać z pamięci ale wciąż powraca obraz przerażonych "prawdziwych kierowców", którzy dziwnym trafem pojawili się na "linii" mojego cofania. Ciągle widzę, jak w szare zimowe popołudnie włączają całą moc swoich przednich świateł, żeby ich ktoś zobaczył! I uratował! Egzamin oczywiście zdałam. Zdaliśmy chyba wszyscy, bo w kilkadziesiąt osób, bardzo szczęśliwych (!) udaliśmy się na dziękczynno-pożegnalną, składkową imprezę do najlepszej wówczas w okolicy restauracji "Stylowa". Wystawnym menu i dobrym słowem dziękowaliśmy instruktorom, sobie samym oraz ślepemu losowi za przychylność i za pozytywne wyniki egzaminu. Stoły były zastawione wykwintnym jadłem, alkoholu też był dostatek, nastroje wyśmienite a dodatkowym atutem pięknej sali był sprzęt grający - radiomagnetofon stereo wysokiej klasy, przywieziony z zachodu, należący oczywiście do... Pani Ziuty! Wszyscy dopiero się rozkręcali do jeszcze lepszej zabawy i tylko ja jedna zrobiłam się, jak nigdy, markotna. Byłam właśnie w pierwszych miesiącach mojej drugiej ciąży i stany nagłej apatii nachodziły mnie coraz częściej i w najmniej odpowiednich momentach. Nie bardzo mogłam jeść, nie chciałam pić alkoholu, i wypiłam już właśnie swój limit "Coca-Coli" a wokół robiło się coraz głośniej, więc oświadczyłam swojej bliskiej koleżance Gośce, że idę do domu. Małgosia stwierdziła, że skoro już jest na pewno kierowcą, to też może właściwie iść, bo mąż czeka w domu i się niecierpliwi. [Na mnie nie czekał nikt, gdyż moi mężczyźni (obaj, duży i mały) polecieli właśnie do stęsknionych dziadków stacjonujących chwilowo we Francji i w sprawach aktualnych wspierali mnie tylko korespondencyjnie.] Podziękowałyśmy więc najbliżej usadowionym przedstawicielom towarzystwa i ruszyłyśmy przez salę do wyjścia. Gośka torowała drogę, za nią przeciskałam się między stolikami a bufetem ja - kierowca w stanie błogosławionym. Z marzeń o rajdach samochodowych po okolicy wyrwał mnie okropny huk i nieodparte uczucie, że lecę na twarz! Zdążyłam się jeszcze uczepić wizytowej bluzki Gośki ale już cały mój odwłok leżał na posadzce z nogami zaplątanymi w kabel. Wokół zaległa cisza. Z dwóch powodów. Pierwszy był taki, że na widok mojej ewolucji przypadkowi widzowie zamarli, drugi był bardziej złowieszczy: ucichła muzyka! Ja oniemiałam: przed moim obliczem, wprost na posadzce leżał teraz zupełnie cichutki, bo roztrzaskany, zagraniczny radiomagnetofon Pani Ziuty! To ja, spostrzegawczy, zwinny i błyskawiczny w reakcji kierowca, wlazłam na kabel przeciągnięty dyskretnie przez salę, zaplątałam się w niego, i grającą dumę i chlubę lokalu zwaliłam z wielkim hukiem na podłogę! Nie muszę Wam chyba opowiadać, co wtedy czułam. Gdyby przepływająca obok Czarna Przemsza była nieco głębsza, niż do kolan, pewnie poszłabym się utopić ale Gośka, która podniosła, otrzepała i w ogóle ustawiła mnie w pionie, chyba pod wpływem szoku bardzo odważnie zwróciła się do Pani Ziuty: Pani Ziuta wielkodusznie wyraziła zgodę ale i niezadowolenie, że impreza została pozbawiona muzyki. I tak to dwie młode, wyzywająco trzeźwe mężatki rozłożyły wielką imprezę. Pozbierałyśmy razem z Gośką (oraz z pomocą zdegustowanych naszym wyczynem biesiadników) cud techniki i elektroniki z podłogi i popędziłyśmy wprost do kuchni na czwartym piętrze, w której "złota rączka" nie przeczuwając niczego, samotnie odgrzewał kolację. Zamiast ją spożyć w spokoju, wszechstronnie uzdolniony i litościwy mąż - Andrzej długo i ze zdumieniem oglądał "moje dzieło". Tej nocy nie spał nikt z naszej trójki a rano elektronik-amator powiedział: Tak też zrobiłyśmy! Od tego czasu minęło dwadzieścia siedem lat - wiem zawsze dokładnie, bo znam rok urodzenia mojej córki. W tym czasie samochód prowadziłam jeden raz (niezbyt długo po zdanym egzaminie). Gdy na rozjeździe Niwki - Krawce z pełną prędkością przemknęłam pod kopytami koni wyjeżdżających z furmanką z pierwszej (na lewo) posesji, siedzący koło mnie pasażer uczciwie przyznał, że zaraz (jeżeli tylko dojedzie!) złoży donos mojemu mężowi i faktycznie był to mó pierwszy i ostatni raz. Nie upierałam się. Ale zostały wspomnienia i jeszcze coś... Co jakiś czas "na mieście" (w sklepie, na koncercie w MOK-u, w kościele...) spotykam przystojną Panią z urzekającym i wręcz serdecznym dla mnie (!) uśmiechem. Wymieniamy pozdrowienie i kilka miłych słów a potem pospiesznie odchodzę, gdyż prawie za każdym razem miła Pani mówi do mnie: Odchodzę, uśmiechając się jeszcze sympatyczniej i starając się wierzyć, że może jednak Andrzej okazał się autentycznym ekspertem i że może jednak wtedy, te dwadzieścia siedem lat temu, radiomagnetofon nie zaczął... kopcić. A jeśli było inaczej, to miła Pani Ziuto najserdeczniej przepraszam! P.S. Powołanie boskie a realia ziemskie Nic w życiu nie umiem, - Dzięki, lecz by tworzyć Ewa Olszańska-Rok Poręba, 14 marca 2012 C.D.N. |
Na marginesie Jestem filologiem i znam poezję wysokich lotów. Wielokrotnie doświadczałam jej, nie tyle może na własnej skórze, co na własnej duszy. Nie zawsze wychodziło to mojej duszy na dobre. Moje wiersze na pewno nie starają się udawać wielkiej poezji i myślę, że spokojnie mogę nazwać je rymami, może nie częstochowskimi ale PORĘBSKIMI! Przepraszam, że nie piszę dla koneserów. Piszę dla LUDZI. Archiwum Felietonik z Miętą... Felietonik z Kminkiem... Felietonik z Miętą Felietonik z Kminkiem |