Felietonik z Kminkiem - Ewa Olszańska-Rok - Część 9



Czy mówiłam już, że kminek jest rozpowszechniony daleko poza wschodnimi granicami Polski? Roślina ta znana jest aż po Ural i w Azji, na Syberii po Himalaje.. Kminek - wędrowniczek sam niezbyt wiele skorzystał na swoich światowych podbojach. Jest bowiem pozbawiony woli, świadomości i bodaj najcenniejszej z cech istot myślących: wyobraźni. Nie wie też, ile traci, bo...

KTO MA WYOBRAŹNIĘ - MA WSZYSTKO!

Ten, kto ma wyobraźnię, jest niewyobrażalnym bogaczem:

może mieć, co chce; być, kim chce i gdzie chce. Może też w każdej chwili być, z kim chce i to nawet blisko.

Ja teraz jestem z Wami!

Piszę, widząc te twarze wpatrzone w monitory po "drugiej stronie kosmosu" (tak sobie wyobrażam internetowe łącza) i nawet, jeśli ten mój "kminkowy kosmos" ogranicza się do Poręby, to już jest dla mnie ogrooomny! I fascynujący!

I gdy teraz wspominam słowa mojego Przyjaciela - Pisarza: Bogdana Dworaka, którymi mnie nauczał, gdy dawno temu razem wymyślaliśmy i rozkręcaliśmy Gazetę Zawierciańską, a które brzmiały: "Pamiętaj, że gazetę piszesz dla choćby jednej tylko osoby inteligentniejszej i mądrzejszej od siebie...", to czuję się bardzo usatysfakcjonowana.

Bo mimo, że "Kminek" poleca jakieś siedem lub osiem osób, to "na mieście" wciąż spotykam żywych, wspaniałych Czytelników, którzy nie zostawiają po sobie śladu w internecie ale wyrażają swoje zainteresowanie w realu.

I wiem, że to Wy, Kochani, jesteście tymi osobami mądrzejszymi i inteligentniejszymi ode mnie, bo przynajmniej potraficie do tego internetu samodzielnie wejść i wyjść z niego. A ja nie. (Nie potrafię też sama obsłużyć "konta na fejsbuku", które wspaniałomyślnie, lecz trochę na wyrost, założył mi pierworodny, za co wszystkich stojących w kolejce serdecznie przepraszam.)

Ach, ten senzpowiekspędzający internet!

Nie ogarniam go swoim umysłem blondynki ale potrafię go sobie wyobrazić, w trójwymiarze, więc troszeczkę w nim namieszam. Jak w swoim garnku z bigosem (ze sporą ilością kminku). Może coś z tego wyjdzie...


To raczej nie dlatego dzisiejsze filmy i seriale wydają nam się coraz bardziej miałkie a programy rozrywkowe są wierną kopią zachodnich "filarów" masowej kultury, że wszystko już było i coraz trudniej wymyśleć coś oryginalnego. To coś o wiele bardziej groźnego. Nasza (czyli ludzka) wyobraźnia znalazła się w okowach. Kolejne pokolenia dostają coraz większą dawkę "wzorca" życia, kultury, filozofii, mody, tzw. potrzeb życiowych a także właściwych sposobów ich zaspokajania.

Zuniformizowani pracownicy korporacji, typowi uczestnicy wyścigu szczurów, młodzież stylizująca się na swoich idoli, idole prześcigający się w gwiazdorstwie opartym na coraz droższym snobiźmie, powielanym przez tabloidy, kształtują podaż ale i popyt na gotowy i lekkostrawny świat. A wyobraźnia?

Wyobraźnia, jak każdy organ nieużywany: zanika. Umiera bezpowrotnie.

Wróćmy do...piramid. (Podobno nawet w ich wnętrzu znaleziono nasiona kminku, w każdej chwili gotowe do zapoczątkowania nowego życia!) Przecież tak wyjątkowe dzieło ludzkich rąk, nóg, wszystkich mięśni ciał budowniczych, ale przede wszystkim genialnych umysłów, nie wzięło się z poradnika "Jak zbudować piramidę?" Powstało z ludzkiej, nieograniczonej, nieskrępowanej, nieprzewidywalnej wyobraźni!

Człowiek, któremu pierwszy raz przyśniły się statki na wodzie, skrzydła u rąk ludzkich a później stalowe ptaki i szklane domy, nie mół się jeszcze wzorować na brazylijskich ani nawet amerykańskich serialach. Dziś mało kto już pamięta, że świat jest o wiele piękniejszy i ciekawszy, gdy nawet na co dzień pozwalamy w swe życie wkroczyć Wyobraźni z jej nieco frywolną lecz i bardzo romantyczną siostrą Fantazją.

Dobrze pamiętam, jak w czasach dzieciństwa moich dzieci na podwórkach rozbrzmiewała prosta ale urocza piosenka

"Fantazja, fantazja! Bo fantazja jest od tego,
żeby bawić się, żeby bawić się,
żeby bawić się na całego!"

Dziś, żeby bawić się na całego, coraz młodsza młodzież potrzebuje dopalaczy. Podobno wtedy lepiej im się coś otwiera. Co? Nie bardzo umieją to nazwać, myślę jednak, że chodzi o wyobraźnię, fantazję lub przynajmniej coś podobnego. Niektórzy twierdzą, że rozszerza im się perspektywa.

Na szczęście nie muszę próbować - i bez dopalaczy wiem, i wierzę, że moja perspektywa jest bardzo panoramiczna. I czasem nawet próbuję ją okiełznać. Jednak nie jestem w stanie objąć jej swym, tak zwanym, rozumem. I to chyba w moim życiu podoba mi się najbardziej.

Skąd bierze się ta wyobraźnia? Trudno powiedzieć. Myślę jednak, że często z niedostatku, Niekoniecznie materialnego ale czasem też.

Moja wyobraźnia, jak czarodziejska fasola, czy inna bujna roślina, wykiełkowała wprost na... trylinkach.

W owych (magicznych!) czasach na porębskich osiedlach nie było zbyt wielu placów zabaw dla dzieci. Właściwie nie było wcale. Gdy nieopodal mojego bloku pojawiały się spore stosy kamienno-betonowych sześciokątnych płyt, służących do budowy drogi, dla nas dzieciaków z okolicy zaczynało się prawdziwe święto budowniczego. Nie bacząc na ryzyko przytrzaśnięcia stopy lub odarcia kończyn ze skóry, przekładaliśmy ciężkie, cudownie proste elementy, tworząc z nich własne wyobrażenia wspaniałych domów, pałaców, fortec obronnych, pojazdów pancernych, i luksusowych kabrioletów. Każdy miał, co tylko chciał. I był, kim tylko zapragnął być. Dopóki tylko mama nie zawołała na obiad.

Szare "klocki" przeistaczały się w tajemniczo ubarwiony, uniwersalny materiał. Dostępny wszystkim. Bezcenny dla tych, których wyobraźnia została zapłodniona nadzwyczajnym ziarnem wyobraźni i wolą tworzenia. W efekcie twórczego aktu powstawały budowle o tylko nam znanym przeznaczeniu, będące zmorą robotników budujących drogę ale i jednym z głównych "mateczników" dziecięcej fantazji i edukacji.

Gdy dziś mam okazję oglądać drogie i piękne "zabawki edukacyjne" mające pobudzać wyobraźnię maluchów, ogarnia mnie zwątpienie. Bardzo ściśle określona "wielofunkcyjność" i oczywista oczywistość zamysłu tych urządzeń, epatujących kolorami, pokrętłami, dźwigniami i przyciskami prowadzącymi do celu, wypacza pojęcie wyobraźni w ogóle. Bo, jak sama nazwa wskazuje, aby wyobraźnia zadziałała, najlepiej jest sobie coś właśnie wyobrazić! A nie dostać gotowe i w konkretnej postaci.

Nie będę się już wymądrzać. Powiem tylko tyle, że wyobraźnia jest fajna. Jej siostra fantazja też. Ale czasem potrafią sprowadzić na manowce. Zwłaszcza, gdy obie są nazbyt wybujałe. Mnie się to zdarzało wielokrotnie.

Z bardziej spektakularnych wybryków tego żeńskiego duetu w mojej głowie najlepiej pamiętam ten z bardzo wczesnego dzieciństwa.

Miałam kilka lat, właśnie zaczynało się cudownie słoneczne, spokojne, wiosenne przedpołudnie na działkach. Pobliski las wabił kukaniem kukułki, odgłosami innych ptasich świergotów, barwnymi motylami i jeszcze tysiącem tajemniczych atrakcji, które były obietnicą cudownych przygód i świetnej zabawy.

Działkowcy, również moi rodzice, w skupieniu i z oddaniem przygotowywali grządki pod pierwsze sadzonki, gdy ja udałam się drogą na Turkową Górę. I troszkę w bok, do lasu, gdzie pierwszą przecinką płynął mały strumyk a wokół zaczęły kwitnąć mlecze i stokrotki. Szłam sobie pewnym krokiem, podziwiając przyrodę, gdy nagle błogi mój nastrój prysnął. Spojrzenie kilkuletniego obieżyświata padło na... głowę czarnego wilka, wyłaniającą się z gęstwiny krzewów! Instynkt samozachowawczy włączył mi się dokładnie w tym samym momencie, co dźwięk alarmowy. Z nieustającym wrzaskiem: "WILK!" "WILK!" pędziłam z góry ku działkom, obwieszczając ścigające mnie, śmiertelne zagrożenie wszem i wobec, jak kłamca z bajek Ezopa.

Były to lata, gdy krwawe wydarzenia z kraju i ze świata nie były jeszcze w mediach tak powszednie, jak chleb i nie unicestwiły jeszcze ludzkiej wrażliwości, więc przerażeni działkowcy złapali rydle, motyki, łopaty i widły, i w bohaterskim odruchu wybiegli na ratunek. Gdy dopadłam do bramy, poczułam się już pewniej i utwierdziwszy się w przekonaniu, że wilk mnie nie dogoni, najpierw uregulowałam swój oddech, a potem (pewnie z ciekawości) zgodziłam się na wizję lokalną. Oczywiście w towarzystwie licznej ochrony.

Z dobrze uzbrojoną grupą działkowców - myśliwych ostrożnie i w wielkim napięciu szliśmy znów pod górę aż do miejsca, gdzie w dalszym ciągu czaił się czarny, przerażający, bardzo zjeżony lecz dziwnie nieruchomy wilk - odłamany pień drzewa, przegniły od wilgoci, wyrzeźbiony przez czas. I przez moje oczy taaak wielkie od strachu! Na moje szczęście ekipa interwencyjna działkowców okazała się bardzo wyrozumiała...

W moim życiowym bilansie wciąż jednak wychodzi, że wyobraźnia jest fajna. Pozwala przenosić się w dowolne miejsca, lewitować. czuć słońce na twarzy w najbardziej deszczowy czas. I umierając z upału w dusznym i parnym klimacie podchicagowskich osiedli delektować się świeżością wspomnień o tym, jak wczesną wiosną pachnie ziemia na porębskich działkach.


Najmilsi Czytelnicy, jeśli macie jeszcze trochę cierpliwości, to spróbujcie pobawić się na całego! Na przykład tak...

KRÓLOWIE JEDNEJ NOCY
Opowiadanie posylwestrowe

Historia, którą chcę opowiedzieć, zdarzyła się na granicy snu i jawy, to znaczy w porze, gdy przyzwoici ludzie budzą się z głębokiego snu, starając się spod zaspanych powiek wykrzesać pierwszą iskrę wzroku w kierunku tarczy stojącego przy łóżku budzika, zaś cała mniej przyzwoita reszta mieszkańców tego miasta ostatkiem sił dobija do wystygłej pościeli, szukając w niej ukojenia po burzliwym rejsie przez szampańską paryską noc.

Jest to pora wielkiego zmęczenia dla jednych i drugich, a już wybitnie niesympatyczna dla samotnego paryskiego taksówkarza, który stara się innych i siebie utwierdzić w przekonaniu, że czwarty krzyżyk to nic innego, jak czterdziesta eksplozja witalności przystrojonej siwizną.

W godzinie, kiedy bledną światła uliczne, jakby w zawstydzeniu schodząc ze sceny, na której pojawić się ma długo oczekiwany artysta - dzień, moje przekonanie o własnej nieokiełznanej dotychczas męskości również traci wyrazistość. Także myśli stają się mniej zadziorne i pewna chłopięca czupurność, która cechuje mnie za dnia, zmienia się w marzenie o kubku mocnej kawy lub pachnącej pościeli. (No w każdym razie nie o dalszym kursie w towarzystwie kłócącej się półszeptem pary wracającej z nieco przedłużonego bankietu.)

Owej nocy, o której tak trudno mi zapomnieć, miałem sporo udanych kursów, kilka mniej udanych i jedną szamotaninę z zapitym Włochem, który przez czterdzieści minut kazał wozić się wokół Placu Gwiazdy, starając się mnie nakłonić do wjechania w przejście podziemne dla pieszych.

Ostatni kurs był nieciekawy i zupełnie bym o nim zapomniał, gdyby nie fakt, że powrotna droga wiodła akurat przed tym cholernym Palais du Louwre; no oczywiście w bliskości, na jaką pozwalają przepisy drogowe i układ architektoniczny całego kompleksu. Mijałem akurat Pawillon de Marsan, gdy tuż przed prawym światłem wysunęła się na jezdnię owa postać. Szczęściem prędkość samochodu była w tym momencie niezbyt duża, gdyż skończyłoby się to kraksą. Zdążyłem w porę zahamować i dopiero wtedy ujrzałem podniesioną dłoń, należącą do tej kobiety.

Zdębiałem, jeśli wolno mi się tak wyrazić.

Po prostu zdębiałem! Babka miała dobrze po trzydziestce, ubrana była dość dziwacznie, choć w dzisiejszych czasach to raczej normalne, ale było w niej coś, co mnie dosłownie zelektryzowało. Nigdy nie wykroczyłem poza 28 w moich znajomościach z kobietami. Ostatnia, Colette, była młodą kokietką, przy której zupełnie zatracałem świadomość swego wieku. A jednak ta, która zjawiła się tej nocy w mojej taksówce, pobiła tamte wszystkie w jednej chwili. To była klasa! Co było w niej tak pociągającego, nie mogłem wtedy zupełnie wykapować, choć bardzo się starałem. Wiedziałem jedynie, że od momentu, gdy trzasnęły drzwiczki mojej wysłużonej renówki, owa kobieta przestała być jedynie klientką.

Chwilę stałem z wyłączonym silnikiem, pozornie czekając na polecenie, a faktycznie starałem się na tyle skoncentrować, aby zdobyć się na rzeczową ocenę swoich możliwości i obrać jedną ze sprawdzonych metod działania w podobnych wypadkach. Ale żaden z moich wypróbowanych chwytów tutaj mi jakoś nie pasował.

Zanim pojąłem, że tracę czas, ona już była "na barykadzie" i wodząc lekko palcem wzdłuż obszycia dość głęboko wyciętego dekoltu poprosiła:
- Pan, mistrzu ma godzinę na pokazanie mi Paryża. Muszę panu zaufać, że zrobi pan to dobrze. Jestem w tym mieście dość długo, aby przeżyć tu choć jedną noc... Godzinę z nocy... To dla mnie całe życie.

Słowa, które mówiła, wydały mi się dziwne, choć rozumiałem ich sens. Wymawiała je z jakimś dziwacznym włoskim akcentem, głosem, który pisarze zwykli określać, jako aksamitny. Do diabła! Słowo daję, że ona cała była jakaś aksamitna i chyba tylko to zmusiło mnie do przystania na tak absurdalną propozycję. "Pokazać babie Paryż w ciągu godziny! Chyba wjadę tą rozklekotaną taksówką na Wieżę Eiffel'a i każę jej się rozejrzeć!"

Tak właśnie pomyślałem, ale moja noga była już na gazie i diabli wiedzieć skąd ułożył mi się w głowie jakiś dziwny plan tej "wycieczki".

Moja taksówka przemierzała miasto po trasie jakby wielkiej spirali, przy której skrętach wyłaniały się właśnie najwspanialsze obiekty Paryża i gdybym dzisiaj mógł powtórzyć tę trasę bez konfliktu z kodeksem drogowym, stałbym się zapewne niezastąpionym człowiekiem w turystycznych firmach naszego miasta.

Ona siedziała z twarzą niebezpiecznie zbliżoną do szyby, w jakiejś ciepłej zadumie słuchała moich nieudolnych informacji wygrzebywanych w popłochu z pamięci.

Po czterdziestu minutach mieliśmy z głowy wszystkie główne zabytki i atrakcje Paryża. Ze strachem pomyślałem, że oto wkrótce wysiądzie i pozostanie mi tylko wspomnienie czegoś niespełnionego. Już miałem właśnie zaproponować jej kurs do Wersalu na własny koszt (chyba zgłupiałem zupełnie!), gdy ona z prawdziwie niewieścim zakłopotaniem (skąd u mnie takie słowa?) rzekła:
- Jestem oczarowana miastem, w którym przebywam od tylu lat... (zdumienie moje sięgało szczytu), i którego nie miałam okazji zwiedzić... (kryminalistka! - przeleciało mi błyskawicą przez myśl), ale wie pan teraz... teraz jestem głodna. Chciałabym zwyczajnie, po ludzku wypić i zjeść coś dobrego. Zaprosi mnie pan gdzieś?

Skoczyłem na równe nogi zapominając zupełnie, że siedzę za kierownicą. (Niemiły efekt!) Zdałem sobie sprawę, że w tych strojach, które mamy na sobie, wzbudzimy zdziwienie w każdym dobrym lokalu o tej porze. Więc gdzie?! Gdzie! A niech tam! Spróbuję... Ostatnia szansa!

Nastroiłem swój ton na tak zwany "dżentelmeński" i, aby nie wzbudzać nieprzyzwoitych podejrzeń, zacząłem jej coś wyjaśniać, gdy ona sama przerwała mi w połowie zdania i skromnym, jakimś archaicznym gestem złożywszy dłonie, powiedziała swobodnie:
- Próbuje mnie pan zaprosić do siebie?... Zobaczę zatem, jak pan mieszka...

To powiedziawszy uśmiechnęła się uśmiechem, w którym nie było cienia uśmiechu a ja osłupiały ruszyłem z miejsca i po chwili zahamowałem przed kamienicą, która mieściła moje "apartamenty". Były to dwa jaskrawo wytapetowane pokoiki z łazienką na ostatnim piętrze, gdzie jedyną ozdobę stanowiła soczysta palma w ceramicznej donicy, stojąca u załomu schodów. Serce dudniło mi w piersi, jakbym to nim tupał po schodach, idąc a właściwie frunąc za "moją" damą, która poruszała się tak dostojnie, jakby była prawowitą mieszkanką mojego domu od lat.

Gdy zamknęły się za nami drzwi, jej dostojność zniknęła a została sama słodka, kobieca naturalność. Usiadła na wysłużonej sofie, zdjęła pantofle i śmiało wyrzucając bose nogi przed siebie, położyła je wysoko na moim, barowym stołku.

Zapłonąłem! Udając, że rzetelnie mieszam koktail z lodem, studiowałem te cudowne, mocne kształty doirzałej kobiety, odsłaniające się między zwojami jakiejś cholernie starożytnej tkaniny.

- "Diabelnie stylowa babka! Jak ona to robi w dzisiejszych czasach?" - pomyślałem w roztargnieniu przygotowując kolację.

W tym także uważałem się za specjalistę: gotowałem sam od lat.

Ale o swoich umiejętnościach kulinarnych przekonałem się dopiero obserwując ją: z apetytem i elegancją zjadającą wszystko, co przygotowałem...

Była zadowolona. Jadła popijając sporymi łykami koktajlu, zarumieniona i czerstwa, jakby wypoczywała przez całą noc. Odstawiła kieliszek i szepnęła: "Grazie!" ...Potem miękko opadła na sofę. Była, że tak powiem: rozległa. Gdy przytuliłem jej ciało, wydawało mi się, że obejmuję boginię, matkę i jakąś górę pełną winnej latorośli jednocześnie.

Gdy zaczęło szarzeć ocknęliśmy się rześcy jak szesnastoletni kochankowie z Werony i pospiesznie zeszliśmy do samochodu.

Spieszyła się. Ale spieszyła się dostojnie. Włosy falowały jej w porannym wietrze i wydawało mi się, że poza jej plecami, zamiast widoku starej kamienicy, rozciąga się jakiś rozległy, barwny pejzaż. Jakiś krajobraz nierozłącznie związany z nią, ale nie mogłem sobie przypomnieć...

Wiozłem ją, obserwując kątem oka: ani śladu makijażu, ani śladu zmęczenia i ani śladu uśmiechu w tym uśmiechu, który wciąż miała na ustach.

Byłem tak szczęśliwy i beztroski, że nie zastanowiłem się nad tym, skąd wiem, gdzie trzeba się zatrzymać.

Wysiadła przy Luwrze i prędko zniknęła w porannej mgle.

Po chwili pierwsza różowa smuga światła słonecznego rozbłysła w bocznej szybie samochodu. W szybie, przy której niedawno siedziała ona.

Mknąłem do domu, do moich marnych pokoików z łazienką, które dziś wydały mi się królestwem. Chciałem tam odnaleźć jej ślad, zastać jej zapach, ciepło w pościeli. Jej głos...

Gdy wszedłem, czekała już na mnie Colette. Była nadąsana. Zwykle w takich sytuacjach musiałem ją przekupić jakąś czułostką, jakimś żartem. Usprawidliwić swoją nieobecność. Ale w chwili, gdy otwierałem usta, by rzucić jakieś dowcipne kłamstewko, mój wzrok padł na puderniczkę, którą trzymała w palcach. Widywałem ją już u Colette i zwykle wydawała mi się tandetna. Teraz o mało nie padłem na kolana. Na fajansowym wieczku lśniło maleńkie malowidło. Portret. A wokół złotymi, stylizowanymi literami wytłoczony został napis: "La Gioconda".

(styczeń 1982r.)

Poręba, 31 stycznia 2011

C.D.N.

Na marginesie

Jestem filologiem i znam prozę wysokich lotów. Wielokrotnie doświadczałam jej, nie tyle może na własnej skórze, co na własnej duszy. Nie zawsze wychodziło to mojej duszy na dobre. Moje opowiadania na pewno nie starają się udawać wielkiej prozy. Przepraszam, że nie piszę dla koneserów. Piszę dla LUDZI.


Kontakt z autorką

ewa@e-poreba.pl