|
Najmilsi Czytelnicy przesiąknięci zapachem kminku! W ostatnich dniach wpadła w moje ręce książka zdumiewająca i bardzo przydatna: "Poradnik gospodyni". Wydana przez Państwowe Wydawnictwo Rolne i Leśne w 1975 (!) roku, w Warszawie, stanowi obszerne kompendium wiedzy o... wszystkim! Zakres omawianych spraw a zatem i liczba rozdziałów rzuciła mnie wręcz na kolana! W książce można znaleźć porady dotyczące urządzenia mieszkania, prowadzenia gospodarstwa, żywienia rodziny i zwierząt, zachowania zdrowia, urody i młodego wyglądu. Poznajemy też zasady współżycia z innymi domownikami a także resztą społeczeństwa i wybrane przepisy prawne regulujące relacje małżeństwo - rodzice - dzieci. Znajdziemy też wiele cennych uwag pomocnych w prowadzeniu ogródka i gospodarstwa rolnego. Nawet pobieżne zapoznanie się z zawartością takiego poradnika daje obraz ogromu wiedzy, energii, wytrwałości i dobrej woli, koniecznych do prowadzenia domu, nie mówiąc już o przyległościach. Każdy (a zwłaszcza: każda [!]) z nas wie, ile pracy, doświadczenia, zapału i zdolności mediacyjnych wymaga przeżycie, w szczęściu i zdrowiu, każdego kolejnego dnia w rodzinie. I, że dobrze przeżyty dzień w naszym domu, to wyzwanie dla licznych naszych talentów i specjalistycznych umiejętności, zwłaszcza, iż brak jakoś jest poradnika, który nosiłby wiele mówiący tytuł: "NIE RÓBCIE TEGO W DOMU!" Choć jest to hasło dość znane i popularne (występuje w reklamach telewizyjnych i dowcipach!), to raczej nie traktujemy go poważnie i nie doceniamy sporego wahlarza spraw, które mogłoby objąć, by uszczęśliwić i udoskonalić nasze domostwo. Jestem daleka od chęci prawienia kazań, czy pouczania moich bezcennych Czytelników ale czasem spojrzenie na rzeczywistość innej, postronnej osoby okazuje się przydatne. I pomaga w osiągnięciu równowagi pomiędzy domownikami oraz tzw. wewnętrznej, naszej, osobistej. A zatem uwierzcie mi na słowo, iż wykluczone jest w domu: Myślę, że takich i podobnych zakazów znalazłoby się jeszcze całkiem sporo ale to nie o te sfery życia chodzi mi tak naprawdę. Sądzę, iż nie doceniamy ani formy ani treści, którą wyraża bardzo zwyczajne słowo: "odskocznia". "Jak sama nazwa wskazuje", słowo to stara się oddać wszystko, co pozwala nam odskoczyć, odbić się ponad, oderwać się choćby na pewien czas od codzienności. Realia codziennego życia, choćby najprzyjemniejsze, zmęczą nas w końcu swą monotonią, powtarzalnością i przewidywalnością... Święta, jak wiadomo, najczęściej są chwilą wytchnienia i odskocznią od codzienności dla... mężczyzn. Obowiązki większości znanych mi kobiet nawet w niedzielę i święta wyglądają tak samo. Nawet Dzień Kobiet odkąd tylko pamiętam w najprzyjemniejszy i najbardziej odprężający sposób świętują panowie. Dość powszechny jest nadal widok baaardzo odprężonych mężczyzn, obdarowujących 8 marca znajome panie kwiatkiem, swoim urokiem osobistym a czasem nawet i dobrym słowem. Pod koniec dnia być może nawet znajdą parę minut dla własnych żon ale wówczas są już tak mocno odprężeni, że mało z nich pożytku. Mój instynkt samozachowawczy jest chyba dość silny, bo od szczenięcych lat starałam się, dla zachowania równowagi psychicznej, zapewniać sobie jakieś mniej lub bardziej odlotowe odskocznie. Wiedziona kobiecą intuicją intensywnie wykorzystywałam wszelkie dostępne mi rozrywki, dla których należało opuścić zacisze domowe. Zaczynając od przyjeżdżającego wiosną wesołego miasteczka z karuzelą dla najmłodszych, dużą karuzelą łańcuchową i huśtawkami-łódkami dla starszych, spragnionych mocnych wrażeń Porębian. I Porębianek! Czy ktoś jeszcze dzisiaj pamięta, jakież to wówczas budziło emocje?! Zaciekawienie! Ekscytacja! Zachwyt! Nadzieje! Oczekiwanie na flirt, który może się zdarzyć w bliskim otoczeniu strzelnicy! W każdym razie oczekiwanie świetnej, beztroskiej zabawy; cudownej, podniebnej podróży za kilka groszy. Prawdziwy odlot! Z czasem nasz gust się zmieniał. Nęciły nas przedstawienia, "występy" w Domu Kultury, na których podziwialiśmy i artystów miejscowych, amatorów, i kunszt zawodowych artystów "Estrady". Zapominaliśmy się także na łonie natury - w naszym amfiteatrze. Każdego roku, w lipcu, słynny i pamiętny dziś Maraton Estradowy, organizowany przez prawdziwych zapaleńców, kolejnych dyrektorów D.K. (panią Grażynę Ferdyn i pana Lucjana Jurczyka) zapewniał wspaniałą rozrywkę setkom i tysiącom widzów. Pod pogodnym, porębskim niebem wystąpiły prawdziwe gwiazdy polskiej (i nie tylko!) piosenki, tańca, muzyki instrumentalnej, kabaretu. Wówczas nikt czasu zbyt skrupulatnie nie liczył ale gdy Wielki Wóz nad głowami już bardzo ostentacyjnie oświetlał drogę do domu, nawet najwspanialsza odskocznia musiała się zakończyć. Zwłaszcza dla miejscowych Westalek, które przecież musiały, bez względu na porę roku, dokładać te drewienka do domowego ogniska. Jednak na amfiteatrze i Domu Kultury "Metalowiec" nasz kontakt ze sztuką się nie kończył. Aspiracje rosły, możliwości także. Gdy mijał sezon ogórkowy (dla działkowców dosłownie!), dużym uznaniem w naszym niedużym mieście cieszyły się zorganizowane wyjazdy do teatru, do teatru muzycznego i do operetki. Do opery nieco mniejszym. Obśmiane w nowym ustroju grupowe wyjazdy pracowników zakładów przemysłowych, mieszkańców małych miasteczek i wsi, uczniów szkół do przybytków sztuki wyższej, dla nas Porębian były prawdziwym błogosławieństwem. I świętem. I najpiękniejszą z odskoczni. Pamiętam czasy, gdy do operetki nie jeździło się w dżinsach i w swetrze. Na te kilka godzin można było założyć wizytowe stroje, ozdobić się jabloneksem (!!!), ubrać na stopy ładne pantofelki. Znam, lub znałam (bo większość już odeszła) panów, którzy na taką okazję zawiązywali muszki. Autokarowe towarzystwo do pierwszego antraktu było nieco skrępowane, lecz po ostatnich brawach, po najszczerszych owacjach na stojąco, wszyscy już byli zbratani i w coraz większym uniesieniu wracali do domów. W uniesieniu i podziwie dla sztuki i artystów rosnącym po każdym, kolejnym toaście, wznoszonym maleńkim aluminiowym kieliszkiem pochodzącym z gustownej reklamówki FUM-u - z turystycznego kompleciku sześciu kieliszeczków i korkociągu w skórzanym etui. Dla pełnego delektowania się wielkomiejską kulturą był to komplecik bardzo przydatny. Dziś leży bezczynnie w czeluściach niejednej szuflady, podobnie jak równie urocza i zbędna lornetka teatralna. Kochani, kobieta, gdy się uprze, może wszystko. Potrafi nawet wynaleźć polon i rad. Ale żadna kobieta nie lubi monotonii. Musi mieć tak zwaną odskocznię. Musi od czasu do czasu odetchnąć pełną piersią, poczuć wiatr w żaglach. I to nie może być żaden, nawet najsmakowitszy, powiew z własnej kuchni. Ani "atrakcje" z własnego telewizora. Teraz zapachnie odezwą. Drogie Panie, wypiszcie sobie trzy rzeczy, które sprawiają Wam radość, nie szkodząc przy tym nikomu, i których absolutnie, ale to absolutnie nie można robić w domu!!! I skorzystajcie z nich choć kilka razy w roku. W ostateczności możecie zabrać ze sobą męża, partnera, czy nawet innych członków rodziny. Ale tylko wówczas, gdy cały rok będą grzeczni i nie będą obrzydzać cynaderką, na przykład. Ale też wiedzcie, że po tych wszystkich odskoczniach, odlotach i innych pozadomowych szaleństwach, dobrze jest sobie przypomnieć słowa Marka Aureliusza: "Nigdzie bowiem nie schroni się człowiek spokojniej i łatwiej, jak do duszy własnej". {Do przemyślenia!} Dołączam tekst sprzed kilku lat, który może być pewnym, wciąż aktualnym, ostrzeżeniem dla niewsłuchujących się w to, co gra w duszach innych, czasem bardzo bliskich nam osób... Ballada o zaginionych Ona - słodka królewna Oto bohaterowie W takie oto banalne Tak banalnie boleśnie Dzień po dniu, Świat pochłonął ich straszny. Królewna do snu głowę Dzień po dniu, Oby nic podobnego nie zdarzyło się w Waszym domu, z okazji 8 marca najserdeczniej Wam życzę. I fajowych odskoczni! Ewa Olszańska-Rok Poręba, 28 lutego 2011 C.D.N. |
Na marginesie Jestem filologiem i znam poezję wysokich lotów. Wielokrotnie doświadczałam jej, nie tyle może na własnej skórze, co na własnej duszy. Nie zawsze wychodziło to mojej duszy na dobre. Moje wiersze na pewno nie starają się udawać wielkiej poezji i myślę, że spokojnie mogę nazwać je rymami, może nie częstochowskimi ale PORĘBSKIMI! Przepraszam, że nie piszę dla koneserów. Piszę dla LUDZI. Archiwum Felietonik z Miętą... Felietonik z Kminkiem... Felietonik z Miętą Felietonik z Kminkiem |