|
No i wypromowałam się! Zaledwie wzięłam udział w kilku spotkaniach zorganizowanych w ramach programu promującego Porębian "zakręconych inaczej" (zainicjowanego przez Komisję Oświaty, Kultury, Zdrowia i Opieki Społecznej Rady Miasta Poręba) i już autopromocja przyniosła owoce - mój pierworodny rzucił mimochodem: Z PORĘBY WIDAĆ INACZEJ O naszym pisałam już wielokrotnie i na obu półkulach ale wciąż wydaje mi się, że nie wyczerpałam wszystkich jego zalet. Poręba jest specyficzna pod wieloma względami, dziś jednak postaram się skoncentrować na... względności czasu. A także na wartościach, które całą resztę świata zachwycają a nas, Porębiaków, nie! Przejście z domu do sklepu i z powrotem zajmuje sporo ponad godzinę. Penetracja piątkowego ryneczku (jakieś trzydzieści straganów ustawionych w czworobok), to już cała przedpołudniowa celebra. Dzieje się tak, gdyż silne więzi międzyludzkie (sympatie, antypatie, przyjaźnie itp. a nawet nie rdzewiejące nigdy stare miłości!) uniemożliwiają szybkie przemieszczanie się. Wymiana tak zwanych kilku słów grzecznościowych szybko przemienia się w szczegółowe sprawozdania i kroniki minionego tygodnia a czasem urasta do rangi zwierzeń lub psychoterapii. Ilość spotykanych znajomych, przyjaciół, członków rodziny służy wymianie poglądów, kształtowaniu się opinii, powstawaniu wielkich teorii (często nawet spiskowych!). Wieści rozchodzą się błyskawicznie a w chwilach trudnych lub radosnych zawsze można liczyć na wsparcie kilku oddanych osób, prawie natychmiast po wyjściu z "Biedronki". Miejscowe hipermarkety pełnią bowiem rolę szczególną - są centrum towarzyskich spotkań, punktami, w których najlepiej można się doinformować, a uczynni stali bywalcy (bywalczynie! Dziękuję, Krysiu!) z wdziękiem i ze zrozumieniem pomogą klientowi przejść zarówno przez meandry sklepowych regałów jak i przez zawiłe ścieżki życia! Uważam się już za weterankę sklepowych i pozasklepowych spotkań, więc spokojnie mogę powiedzieć: z Poręby widać inaczej! Wyraźniej. Bardziej wnikliwie. A już zupełnie inny widok roztacza się z mojej kuchni. I to niekoniecznie z okna. W czasie obierania ziemniaków, czy klejenia pierogów jest świetna okazja do analizy, do głębokich przemyśleń, do wyciągania wniosków z informacji docierających z radia lub z kuchennego telewizorka. Wszystkimi kanałami wlewają się do mojej kuchni (na czwartym piętrze!) przekazy o tym, jak świat staje na głowie. Ludzie nie znają umiaru (w dawnych czasach bowiem umiar wyznaczał zwyczajny ludzki wstyd, którego dziś prawie nikt już nie pamięta); przyzwoitość jest anachronicznym przymiotem starców (i też tylko niektórych!); a miałkość tematów, po których prześlizgują się telewizyjni i radiowi eksperci, sprawia, że to moja zupa pali się ze wstydu. Nie myślę, abym miała pesymistyczny stosunek do świata i do życia - wręcz odwrotnie. Najbliższa rodzina wciąż zarzuca mi patrzenie przez okulary różowe, żółte. nawet złote! Ale to dzięki przedłużającym się spacerom po Porębie mój osobisty balans nie wariuje i pomaga widzieć codziennie ten cud natury jakim jest moje osiedle. Zielone. Różowe, żółte, złote... Myślę, że już czas na odrobinę kminku w tej mało wyrazistej potrawie... Dziś proponuję dwa teksty odnoszące się do owych światów, o których napisałam wyżej. Z niecierpliwością czekam na Wasze przemyślenia, Kochani Porębianie! Z PODRÓŻY DO POZNANIA BYŁAM W SILESII Poręba, 30 września 2010 |
Na marginesie Jestem filologiem i znam poezję wysokich lotów. Wielokrotnie doświadczałam jej, nie tyle może na własnej skórze, co na własnej duszy. Nie zawsze wychodziło to mojej duszy na dobre. Moje wiersze na pewno nie starają się udawać wielkiej poezji i myślę, że spokojnie mogę nazwać je rymami, może nie częstochowskimi ale PORĘBSKIMI! Przepraszam, że nie piszę dla koneserów. Piszę dla LUDZI. Archiwum Felietonik z Kminkiem... Felietonik z Miętą Felietonik z Kminkiem |