Felietonik z Kminkiem - Ewa Olszańska-Rok - Część 1



No i wypromowałam się! Zaledwie wzięłam udział w kilku spotkaniach zorganizowanych w ramach programu promującego Porębian "zakręconych inaczej" (zainicjowanego przez Komisję Oświaty, Kultury, Zdrowia i Opieki Społecznej Rady Miasta Poręba) i już autopromocja przyniosła owoce - mój pierworodny rzucił mimochodem:
- Możesz coś napisać na mojej stronie...
- Naprawdę, dasz mi mój własny kącik?
- Zobaczę... - odparł. A ja natychmiast wyobraziłam sobie, jaki ten kącik (na jego stronie!) będzie przytulny, cudny po prostu, bo mój własny!... No i, jak to kącik, nieco na uboczu. Nie będę więc już przedłużać (bo się rozmyśli) i zaczynam:


Z PORĘBY WIDAĆ INACZEJ

Podobno tylko takie miasta są coś warte, w których można się zgubić. Nie zgadzam się; uważam bowiem, że w czasach, gdy coraz większa ilość ludzi czuje się zagubiona, największą szansę dają człowiekowi miasta, w których się można odnaleźć. Powiem więcej: nie miasta a raczej miasteczka.

O naszym pisałam już wielokrotnie i na obu półkulach ale wciąż wydaje mi się, że nie wyczerpałam wszystkich jego zalet. Poręba jest specyficzna pod wieloma względami, dziś jednak postaram się skoncentrować na... względności czasu. A także na wartościach, które całą resztę świata zachwycają a nas, Porębiaków, nie!

Przejście z domu do sklepu i z powrotem zajmuje sporo ponad godzinę. Penetracja piątkowego ryneczku (jakieś trzydzieści straganów ustawionych w czworobok), to już cała przedpołudniowa celebra. Dzieje się tak, gdyż silne więzi międzyludzkie (sympatie, antypatie, przyjaźnie itp. a nawet nie rdzewiejące nigdy stare miłości!) uniemożliwiają szybkie przemieszczanie się. Wymiana tak zwanych kilku słów grzecznościowych szybko przemienia się w szczegółowe sprawozdania i kroniki minionego tygodnia a czasem urasta do rangi zwierzeń lub psychoterapii. Ilość spotykanych znajomych, przyjaciół, członków rodziny służy wymianie poglądów, kształtowaniu się opinii, powstawaniu wielkich teorii (często nawet spiskowych!).

Wieści rozchodzą się błyskawicznie a w chwilach trudnych lub radosnych zawsze można liczyć na wsparcie kilku oddanych osób, prawie natychmiast po wyjściu z "Biedronki". Miejscowe hipermarkety pełnią bowiem rolę szczególną - są centrum towarzyskich spotkań, punktami, w których najlepiej można się doinformować, a uczynni stali bywalcy (bywalczynie! Dziękuję, Krysiu!) z wdziękiem i ze zrozumieniem pomogą klientowi przejść zarówno przez meandry sklepowych regałów jak i przez zawiłe ścieżki życia!

Uważam się już za weterankę sklepowych i pozasklepowych spotkań, więc spokojnie mogę powiedzieć: z Poręby widać inaczej! Wyraźniej. Bardziej wnikliwie.

A już zupełnie inny widok roztacza się z mojej kuchni. I to niekoniecznie z okna.

W czasie obierania ziemniaków, czy klejenia pierogów jest świetna okazja do analizy, do głębokich przemyśleń, do wyciągania wniosków z informacji docierających z radia lub z kuchennego telewizorka. Wszystkimi kanałami wlewają się do mojej kuchni (na czwartym piętrze!) przekazy o tym, jak świat staje na głowie. Ludzie nie znają umiaru (w dawnych czasach bowiem umiar wyznaczał zwyczajny ludzki wstyd, którego dziś prawie nikt już nie pamięta); przyzwoitość jest anachronicznym przymiotem starców (i też tylko niektórych!); a miałkość tematów, po których prześlizgują się telewizyjni i radiowi eksperci, sprawia, że to moja zupa pali się ze wstydu.

Nie myślę, abym miała pesymistyczny stosunek do świata i do życia - wręcz odwrotnie. Najbliższa rodzina wciąż zarzuca mi patrzenie przez okulary różowe, żółte. nawet złote! Ale to dzięki przedłużającym się spacerom po Porębie mój osobisty balans nie wariuje i pomaga widzieć codziennie ten cud natury jakim jest moje osiedle. Zielone. Różowe, żółte, złote...

Myślę, że już czas na odrobinę kminku w tej mało wyrazistej potrawie...

Dziś proponuję dwa teksty odnoszące się do owych światów, o których napisałam wyżej.

Z niecierpliwością czekam na Wasze przemyślenia, Kochani Porębianie!


Z PODRÓŻY DO POZNANIA

Z dala od bram Europy, gdzie Polska najbardziej zielona,
jest na rozstajach dróg drogowskaz z napisem "ZMYŚLONA".
Czy wieś to, czy miasteczko, nie wiem tego do dziś
ale cicha Zmyślona tak często mi się śni...
A w tych snach w mroźne noce w Zmyślonej kwitnie maj.
I w tych snach myślę sobie: " to tak wyglądał raj?"
Środkiem biegnie uliczka, z boków domki i sad,
ponad lasem - słoneczko a nocą księżyc - brat.
Wokół złota patelnia rzepakowych pól,
na łące zdrowe krowy, w Gieesie chleb i sól.
Sąsiedzi na ławeczkach sączą wino i miód.
Na ryneczku - ploteczka. Na plebanii - cud!
Nie ma ostrych zakrętów i zegara na wieży,
nikt nikogo nie pyta, za co miesiąc ma przeżyć.
Nikt nie ma obcym za złe, że są skądś a nie stąd.
W kranie niedroga woda. W lampie niedrogi prąd.
Z telewizyjnych ekranów uśmiecha się młody Suzin
i zapowiada film o Janku i o Marusi.
I nawet, gdy w Zmyślonej jest grubo po północy,
nikt nie ogląda porno, nie słucha o przemocy.
Cicho zagdacze kura, zaszczeka pies sąsiada
zły, że gdzieś za lasem przebiega autostrada
a dalej, za autostradą, cały rozciąga się świat...
I droga, choć czteropasmowa, jest w jedną stronę:
strat.


BYŁAM W SILESII

Byłam w wielkim świecie.
W sercu miasta i wyuzdanej komercji.
Byłam w galerii nadmiaru.
Zza kryształowych szyb
mrugały do mnie natrętnie
szklane oczy oprawione w złoto, platynę i srebro.
Puszyste futra skamlały z wieszaków o pomoc
(ich ceny o pomstę do nieba!)
Niebo było głuche, bo wypełniała je wszechmocna elektronika.
Jedwabie pełzały bezwstydnie po pluszowych kanapach,
po posadzkach z marmuru,
po majolikowych sfinksach...
(ale tylko wtedy, gdy były obserwowane!)
Przepych i tandeta.
Dzieła sztuki i wynalazki tygodnia.
Starały się się podstępem opanować duszę spragnionych tłumów:
wymagających
prostych
i prostackich
eleganckich
i lekceważących piękno
zgłodniałych
i przejedzonych
tych z portfelami
i tych bez szans.
Tych z nadzieją i tych z depresją!
W świątyni przesytu trwa nieustanna walka
wszystkiego ze wszystkim.
W świątyni przesytu było mi źle.
Jak dobrze, że szklane drzwi wypuszczają na świat.
Mogę wrócić do Biedronki w Porębie.
Do wnętrza Ziemi.
Do siebie.

Poręba, 30 września 2010

Na marginesie

Jestem filologiem i znam poezję wysokich lotów. Wielokrotnie doświadczałam jej, nie tyle może na własnej skórze, co na własnej duszy. Nie zawsze wychodziło to mojej duszy na dobre. Moje wiersze na pewno nie starają się udawać wielkiej poezji i myślę, że spokojnie mogę nazwać je rymami, może nie częstochowskimi ale PORĘBSKIMI! Przepraszam, że nie piszę dla koneserów. Piszę dla LUDZI.


Kontakt z autorką

ewa@e-poreba.pl