|
Dziś nie zacznę od "teorii kminku", dziś zacznę od mini opowiadania i myślę, że wkrótce sami odpowiecie sobie na pytanie: dlaczego? BARDZO ŻYWE WSPOMNIENIE PEWNEGO WIECZORU Tego wieczoru zostaliśmy w domu sami. Za oknem wiatr szeleścił resztkami liści na drzewach, w pokoju było ciepło, lecz przejmująca cisza dawała do zrozumienia, że muszę ją czymś wypełnić. Spojrzał na mnie pytająco, więc go przytuliłam i włączyłam telewizor. Jak zwykle w takie wieczory język mi się rozwiązał i zaczęłam "nadawać". W starej dobrej "jedynce" powiało pornografią, więc zmieniłam kanał, by znaleźć coś w "dwójce". Ale tu akurat grono polityków zaczęło obrzucać się epitetami z ulicy, no więc przełączyłam na "trójkę", gdzie właśnie gangster gangstera walił po mordzie. Na następnym kanale "śpiewał" goły, spocony solista a wokół niego tarzały się rozczochrane "tancerki". Zauważyłam, że on dyskretnie odwrócił wzrok. Szukając ratunku szybko przerzuciłam dalej. Tam z otwartego grobu wygrzebano zwłoki i zachwalano zalety miłości do szatana. Na szóstym kanale młodzież z kolczykami we wszystkim, wyjaśniała z zapałem, dlaczego należy bić Żyda. Co drugie słowo zaczynało się na "k" i na "h", więc szybko pstryknęłam pilotem na siódmy a potem na ósmy. Ale na jednym wypruto z kogoś flaki (widzieliśmy je w pełnym zbliżeniu) a na drugim kończono zbiorowy mord na pytonie. W pierwszym i drugim przypadku wrzeszczano w obcych językach, podobnie, jak na kilku następnych polskojęzycznych kanałach... Może mnie samej jeszcze starczyłoby cierpliwości, by w poszukiwaniu piękna, mądrości i harmonii przycisnąć kilkanaście razy guzik w pilocie... ale on nie wytrzymał. Skulił się w fotelu i z prawdziwym wyrzutem spojrzał mi prosto w oczy. Zgasiłam telewizor. Zrozumiałam, że nie mam nic na obronę telewizji i świata. Zrobiło mi się strasznie, ale to strasznie wstyd przed moim wyrozumiałym, lecz w końcu jeszcze młodym i normalnym psem - Texiem. (Poręba, 12 XI 2000r.) Mimo, że jestem nieco młodsza od dinozaurów, pamiętam taki czas, gdy w telewizji nie było zbyt wiele przemocy. Owszem, zdarzało się, że w czwartkowym teatrze sensacji ktoś komuś wykręcił rękę (przeważnie na końcu sztuki: detektyw - złoczyńcy) albo podstawił nogę. Ale krew przelewała się głównie w filmach wojennych, których widzowie o słabszych nerwach nie musieli oglądać (o czym uprzedzała lojalnie pani Edyta). Zaś "Wojna domowa" bawiła nas i uczyła, bo przecież mieliśmy świadomość, że śmiejemy się sami z siebie. Zaś urocze "Spotkania z przyrodą" i państwem Gucwińskimi oraz obcowanie z psem Cywilem i superbohaterem naszych czasów - Szarikiem uczyły nas wrażliwości i szacunku dla świata zwierząt. I tak oto od spraw mediów i wartości znów... Schodzę na psy Maleńkie elementy "pieskiego życia" przewijały się w felietonikach już wcześniej. Miały jednak wówczas na celu zilustrować zupełnie inne kwestie. Myślę, że teraz nadszedł czas, by o psach, naszych (!), porębskich (!) psach napisać kilka zdań na serio. Stanowią one, zaraz po ludziach, drugą najliczniejszą grupę stworzeń, może nie do końca tak samo myślących, ale na pewno czujących i w całym naszym otoczeniu są dosyć popularne. Pamiętam, jak kilka lat temu jeden z naszych przyjaciół (kierowca Tira, obieżyświat i człowiek niezwykle na świat otwarty) opowiedział mi, że będąc na drugim krańcu Polski, przedstawiał się jednemu z kolegów po fachu, ujawniając mu również swe miejsce zamieszkania. Gdy jego rozmówca usłyszał o Porębie, zakrzyknął z entuzjazmem: Nasz przyjaciel był oszołomiony i zdumiony taką rozpowszechnioną w świecie opinią ale, że sam jako prawdziwy gospodarz na gospodarstwie psa w obejściu również posiadał, więc skwapliwie przyznał, że z TEJ to Poręby jest. Zaiste, gdy przyjrzycie się naszym sielskim terenom, zwłaszcza na przedwiośniu, gdy śniegi zejdą i odsłonią wszystkie walory porębskiej flory i fauny, nabierzecie pewności niezłomnej: tu każdy ma psa! Są też wśród nas właściciele kotów, papug, norek, chomików i świnek morskich, i innych "Braci Mniejszych" jak nazwał ich święty Franciszek, lecz psy tu faktycznie są górą! To, co pozostawiają po sobie jednym przeszkadza, innym mniej. Spora liczba mieszkańców podejmowała próby sprzątania po swoich pupilach, lecz byli w absurdalnej mniejszości wobec przeciwników tego procederu, stawiających na prawa natury i na deszcz, który "i tak w końcu wszystko zmieni w nawóz naturalny". Psie pamiątki są nadal dowodem wielkiej dominacji psa nad człowiekiem, zwłaszcza tu, w Porębie. W domkach z ogródkami i bez, w każdej klatce każdego bloku, na każdym z osiedli mieszkają ONE. Urodziwe lub mniej, rasowe lub nie, ułożone lub całkiem pozbawione dobrych manier - wszystkie bardzo kochane, zadbane i... najmądrzejsze na świecie! Zdarzają się i wyjątki oraz sytuacje wołające o pomstę do nieba i współczucie sąsiadów ale myślę, że są odpowiednie organa, by nareszcie zająć się tym dramatem. Większość Porębian wyznaje jednak ideę, że "wszystkie pieski są nasze" i bratając się z właścicielami i ich podopiecznymi tworzą przyjazny klan pełen empatii, miłosierdzia, mądrości, klan propagatorów medycyny naturalnej i dobrodziejstwa absolutnego, jakim jest obecność tego nadzwyczajnego czworonoga w domu. Mój osobisty pies Texas jest oczywiście najpiękniejszy ze wszystkich ale jego uroda jest głęboko ukryta pod kołtunami płowej sierści, gdyż wszelkich zabiegów pielęgnacyjnych na jego ciele można dokonywać wyłącznie w głębokiej narkozie, o czym wie już świetnie miejscowy pan weterynarz (i mieszkańcy osiedla kibicujący z balkonów przy podchodzeniu do gabinetu). Jest także najmądrzejszy, jakby na przekór temu, iż imię dostał, jako "pamiątkę po Ameryce". Co można jeszcze dobrego o nim powiedzieć? Jest kundlem. I to mówi za wszystko! Myślę, że dość dobrze sytuację tych szczególnie uprzywilejowanych domowników oddaje wierszyk, który kiedyś spłodziłam na temat swojego, a który zamieszczam poniżej. Nie normowany czas pracy
Wśród kwitnących storczyków, na poduszkach złotych Pilnuje aby mięsko co dzień na obiad było. A gdy przeliczy słoje, w spiżarce oraz w drewnie, przed ingerencją innych (zwłaszcza bezpańskich) psów, Więc niech się nikt nie dziwi, że czy on stoi, czy leży - Mimo podrzędnej roli, jaką pełnię w domu od jedenastu lat, dziękuję losowi za to, że dane mi było zaznać psiej miłości bez względu na jej konsekwencje (czasem wymagające wyrzeczeń i stresujące). Ale równie wdzięczna jestem za możliwość poznania dzięki mojemu pupilowi kapitalnych ludzi. Już średnio długa rozmowa z właścicielem psa pozwala poznać naturę człowieka, jego (czasem bardzo głęboko skrywane) czułość i wielkoduszność, zdolność do nadzwyczajnych poświęceń. Znam bezinteresowne opiekunki i dokarmiaczki bezpańskich psów, organizatorki przyśmietnikowych i pozasklepowych psich stołówek i noclegowni, niezmordowane inicjatorki akcji ratunkowych i psich adopcji, i wierzę, że bez względu na rzetelność w praktykowaniu swojej religii, to kiedyś z butami pójdą do nieba! Ja sama z tego miejsca bardzo nisko IM się kłaniam i życzę aktywnej pomocy od naszych decydentów i reszty społeczeństwa. A wszystkim, których czworonożni przyjaciele odeszli już na zawsze, dedykuję wiersz: Życie po życiu
Ci nasi Bracia Mniejsi pojawiają się znikąd, Dziś nic nie napiszę o kminku, bo pieski go raczej nie lubią. No chyba, że pływa go troszkę w tłuszczyku spod schabiku. I z odrobiną tegoż schabiku oczywiście... Ewa Olszańska-Rok Poręba, 14 marca 2011 C.D.N. |
Na marginesie Jestem filologiem i znam poezję wysokich lotów. Wielokrotnie doświadczałam jej, nie tyle może na własnej skórze, co na własnej duszy. Nie zawsze wychodziło to mojej duszy na dobre. Moje wiersze na pewno nie starają się udawać wielkiej poezji i myślę, że spokojnie mogę nazwać je rymami, może nie częstochowskimi ale PORĘBSKIMI! Przepraszam, że nie piszę dla koneserów. Piszę dla LUDZI. Archiwum Felietonik z Miętą... Felietonik z Kminkiem... Felietonik z Miętą Felietonik z Kminkiem |